środa, 3 maja 2017

Hotel



Do mangowych zbiorów opowiadań podchodzę zazwyczaj z dużą rezerwą. Jako że autorzy mają wtedy zdecydowanie mniejsze pole do popisu zarówno pod względem fabuły jak i bohaterów,  tworzenie takiego komiksu może zakończyć się klapą. Kiedy jednak usłyszałem miliony  pochwał dotyczących „Hotelu”, w których parę razy moje oczy wyłapały pojęcie „pełnokrwisty seinen”, musiałem, po prostu musiałem sam przeczytać. Czy jednak żałowałem swojej decyzji?
Pierwsze opowiadanie, tytułowy „Hotel” zaczyna się od nieciekawej sytuacji, bowiem naukowcy dyskutują na temat nagłego podnoszenia się oceanów. Według ich obliczeń za około 200 lat temperatura na Ziemi będzie tak wysoka, że życie na niej będzie praktycznie niemożliwe. Postanowiono więc zbudować Arkę – statek, który poleci do oddalonej o 127 lat świetlnych galaktyki, na której jest szansa na przetrwanie. W Arce mają znajdować się kody DNA, które pozwolą na odtworzenie Ziemi. Jednak zanim zostanie ona stworzona, naukowcy planują zbudować wieżę na Antarktydzie, która pomieści w sobie DNA organizmów innych niż ludzie. Jej celem jest, jak to określa pewien uczony, „odkupić winy ludzkości”. Na jej straży ma stać Louis – komputer, którego zadaniem będzie chronić DNA i nie dopuścić do tego, aby stała mu się choćby najdrobniejsza krzywda.
Historia zdecydowanie nie jest tym, czym mogłaby się wydawać na pierwszy rzut oka. Na podstawie opisu możemy wywnioskować, że jest to ciężka, pełna polityki i terminologii opowieść. Nic bardziej mylnego, autor nie skupia się bowiem na fizycznych aspektach całości, a na postaci samego robota. Opowiadanie ma bowiem niezwykle oryginalną i zdecydowanie wychodzącą na plus formę pamiętnika maszyny, która opisuje najważniejsze wydarzenia i dokonania przy prowadzeniu nietypowego hotelu, którym oczywiście jest wieża. Dostrzegamy jego determinację i uczucia, tak, uczucia u robota, jego poświęcenie i zaangażowanie. Dostrzegamy też coś niekoniecznie pozytywnego, a mianowicie to, że „wpisy” pojawiają się coraz rzadziej oraz zwiastują nieuchronny koniec maszyny. Autor mangi (Boichi) opanował do perfekcji granie na emocjach i uczynił z historii poważny, pełen ukrytych między wierszami filozoficznych rozważań komiks. To opowiadanie  niesamowicie przejmujące, świetnie skonstruowane i poprowadzone, w którym idealnie wyważone są typowe dla seinenów polityczne aspekty z metafizycznymi refleksjami. Nawet nie zdajemy sobie sprawy kiedy zaczynamy kibicować Louisowi i każdą jego porażkę odczuwać tak boleśnie jak on.  Należy wspomnieć też o genialnym zakończeniu, któremu daleko do typowych happy endów i które jest idealną wisienką na torcie dopełniającą całą historię. Nie ma tu również wstawionych na siłę scenek humorystycznych ani niepotrzebnych wydarzeń, które psułyby efekt – mamy po prostu genialnego, idealnie napisanego seinena, w którym niezwykle trudno wskazać mi jakiekolwiek wady i mimo, że jest to tylko opowiadanie, podobało mi się o wiele bardziej niż niejedna  wielostronicowa manga. Więcej takich dzieł!
W drugim opowiadaniu, „Prezent”, poznajemy historię kobiety, która przez 2 miesiące pozostawała  w śpiączce. Po wybudzeniu i rozmowie z jej  mężem okazuje się, że wszystko, łącznie z nim, zapamiętała zupełnie inaczej. Jednak czy na pewno wszyscy są w stosunku do niej szczerzy?
„Prezent” jest historią krótką, ale bardzo treściwą a przy tym niezwykle dramatyczną. Nie podobała mi się aż tak bardzo jak „Hotel”, zapewne na skutek zupełnie innego typu historii i mniej oryginalnego pomysłu, ale ilość tragizmu oraz smutku zawartego w naprawdę niewielu stronach może po prostu powalić. Jak już pisałem, Boichi to mistrz w graniu na emocjach i w tym opowiadaniu jeszcze mocniej to podkreślił. Dodatkowo manga pełna jest miłości w najróżniejszej formie, miłości tak silnej, że w jej imieniu bohaterowie są w stanie znieść straszliwe cierpienia. Autor rozważa tu nad jej naturą oraz tym, jak wielką cenę może przyjść za nią zapłacić, co może wydawać się komuś odrobinę banalne, ale uwierzcie mi, w tym przypadku tak nie jest. Tak samo jak w przypadku „Hotelu” zakończenie jest po prostu genialne, idealnie domykające całą historię i tworzące jej perfekcyjne zwieńczenie.
Trzecia historia, „A wszystko to dla tuńczyka” utrzymana jest w zupełnie innym nastroju niż dwie pierwsze, opowiada ona bowiem o Junie, chłopcu, który zjadł ostatniego tuńczyka na Ziemi. Wiele lat po tym wydarzeniu, kiedy stał się już mężczyzną, dowiedział się, że jego tata sprzedał samochód, aby ten mógł chociaż raz w życiu spróbować owej ryby. Od wtedy postawił sobie za cel przywrócić tuńczyka do oceanów, nawet za cenę śmierci.
Mangowe komedie mnie nie śmieszą. Japońskie poczucie humoru uważam za dno i 5 metrów mułu. Nie licząc drobnych, naprawdę drobnych wyjątków, mangi ze słowem „komedia” w tagach omijam szerokim łukiem. „A wszystko to dla tuńczyka” było chyba jedynym tego typu komiksem, który niesamowicie wręcz mnie rozbawił i urzekł. Absurdalny, wręcz abstrakcyjny humor, bardzo prosta i jednowątkowa fabuła, to wszystko złożyło się na perfekcyjną, niezobowiązującą komedię, stanowiącą idealny relaks po dwóch pierwszych opowiadaniach. Żarty może nie są tu najinteligentniejsze, ale również nie prymitywne i sprawiają, że czytanie tego komiksu jest prawdziwą przyjemnością i jest on idealną lekturą po ciężkim dniu.
Czwartą i piątą historię nazwałbym bardziej eksperymentami niż pełnoprawnymi opowiadaniami. „Stephanos” opowiada o kobiecie, która mimo młodego wieku zaszła  w ciążę z żonatym mężczyzną. Szybko okazuje się jednak, że to, co na początku wydawało się uroczym dzidziusiem, wcale nim nie jest… W ostatniej opowieści, „Diadem” obserwujemy losy wojowniczki, która posiadając niewielką armię postanowiła zaatakować olbrzymie wręcz imperium. Czy jednak jej się to uda?
Obie historie są naprawdę specyficzne i zupełnie inne od poprzednich. „Diadem”, według mnie, powstał zapewne na skutek nagłej chęci autora do stworzenia krótkiej, heroicznej historii o walce i poświęceniu, jednak z powodu  jej długości (albo raczej krótkości) i niesamowitej wręcz prostoty fabularnej graniczącej z lenistwem, nie mogę powiedzieć, aby historia ta była chociaż dobra. Ma ona co prawda wielki potencjał ale zdecydowanie nie został on wykorzystany. Z kolei „Stephanos” to chyba najdziwniejsza manga jaką zdarzyło mi się czytać. Zaczynamy od czegoś mogącego zahaczać o tanią telenowelę, a kończymy na religii, pieczęciach i apokalipsie. Wszystko dzieje się tu tak szybko i niepłynnie, że można łatwo się pogubić. Po raz kolejny mankamentem jest również to, że historia jest niezwykle krótka. Boichi najpierw chciał chyba stworzyć pseudo-dramat, potem stwierdził, że lepsza będzie komedia (o czym mogą świadczyć nieśmieszne sceny humorystyczne, totalnie nie pasujące do klimatu opowieści i wpychane gdzie tylko się da), a potem postanowił, że apokalipsa jest jednak ciekawsza. Trudno mi uwierzyć, że te dwa opowiadania wyszły  spod ręki autora trzech pierwszych i dlatego uważam, że są to po prostu eksperymenty Boichiego – tylko odrobinę nieudane.
Komiks narysowany jest po prostu świetnie. Autor niezwykle umiejętnie łączy tradycyjny rysunek z grafiką komputerową, co daje niesamowity efekt. Swoich bohaterów rysuje dość realistycznie, lecz również charakterystycznie i ma swój określony styl, co dla mnie jest zdecydowanie plusem. Zręcznie używa rastrów i całe szczęście nie zastępuje nimi całego tła w  każdym kadrze  - pojawiają się one w bardziej dynamicznych momentach i takich, w których trzeba zwrócić uwagę czytelnika na emocje bohaterów. Dodatkowo, świetnie posługuje się on kolorem, co widać między innymi w pierwszej połowie „Hotelu” i „Diademie” – kolorowe strony w tej mandze wyglądają po prostu niesamowicie. Z wad? Może to, że czasami rysunki bohaterów są mocno uproszczone a ich mimika przerysowana. Mimo to jednak uważam rysunek w „Hotelu” za coś naprawdę świetnego.
Mangę w Polsce wydało wydawnictwo Kotori. Matowa obwoluta, 24 kolorowe strony, powiększony format, biała biel, czarna czerń i solidne klejenie – to wszystko składa się na cenę 30 zł, co w tym przypadku, patrząc na jakość wydania oraz samą treść nie jest szczególnie wysoką liczbą. Należy też wspomnieć o świetnym tłumaczeniu, bardzo naturalnym a przy tym wolnym od jakichkolwiek błędów językowych.
Podsumowując, według mnie naprawdę warto przeczytać „Hotel”. Pomijając ostatnie 2  opowiadania jest to świetna, głęboka pozycja, momentami dramatyczna i emocjonująca, idealnie napisana, trzymająca w napięciu i po prostu dobra. Może i ma parę mankamentów, ale zdecydowanie więcej zalet, dla których warto zaopatrzyć się w tę pozycję. I gwarantuję wam jeszcze jedno – po przeczytaniu już nigdy nie spojrzycie na tuńczyka w ten sam sposób…


Autor: Boichi
Gatunek: dramat, SF, seinen
Wydawnictwo polskie: Kotori
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 8,5/10
Fabuła: 8/10
Bohaterowie: ?/10 - to zbiór opowiadań, więc nie da się ocenić :C
Grafika: 9/10

3 komentarze:

  1. Och, dopiero co jestem po lekturze tej mangi i jestem niesamowicie pozytywnie zaskoczona!
    Akurat ja bardzo lubię zbiory opowiadań, a szczególnie sfi - wydaje mi się, że zarówno w formie komiksowej jak i literackiej, opowiadania nadają się do tego gatunku najlepiej. Proste pomysły, jakie tam są stosowane, często tylko traciłyby, gdyby je niepotrzebnie rozwinąć.
    Co do pierwszego z opowiadań, to akurat mi tam wstawiane na siłę scenki humorystyczne przeszkadzały xD Chodzi o te kilka wstawek z "matką" z początku historii i używanie wstawek super-deformed.
    Oprócz tego, zgadzam się z recenzją zupełnie. Moim ulubionym opowiadaniem było to o tuńczyku, genialny sposób, by w humorystyczny sposób mówić o dość ambitnych tematach :D
    Brawo Kotori, za świetny tytuł i jego świetne wydanie!

    Ps. Co do mangowych komedii, rozumiem problem z specyficznym humorem, w tym opowiadaniu naprawdę było dość nietypowe podejście do tematu. Aczkolwiek zawsze polecam z komedii Gekkan Shoujo Nozaki-kun. Pewnie nie zachwyci tak bardzo jak mnie, ale może forma parodii gatunku (w tym przypadku - shoujo) będzie bardziej zjadliwa?

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam to w skanlacjach, skuszona wysokimi ocenami, i rozczarowana oceniłam wtedy bardzo nisko. Może to kwestia języka, bo żaden ze mnie orzeł z angielskiego... W każdym razie, jak czytam znów takie pochwały, to zaczynam wątpić we własny osąd i myślę, że dorwanie tomiku w ojczystym i zweryfikowanie opinii będzie najlepszym wyjściem (ale kupować coś, co mi się nie podobało? no nie wiem...).

    OdpowiedzUsuń