piątek, 31 marca 2017

Rycerze Sidonii #1



Niektórych rzeczy po prostu nie da się wyjaśnić. Zaczynając od tych poważniejszych, jak wszelakie cudy i objawienia, które rzekomo miały miejsce, przez te bardziej życiowe przykłady, jak to, czemu piosenka jakiegoś Dżejkoba Satoriusa o swetrze ma 606 tysięcy łapek w górę. Jednak pozwólcie, że przedstawię wam coś jeszcze trudniejszego do zrozumienia. Mamy mangę, a w niej ciekawie skonstruowany świat przedstawiony, kosmos, pustelniaki i niezwykłą, charakterystyczną kreskę. A, i nazwisko Niheia na okładce. Jakim cudem można było to zepsuć? Postaram się wyjaśnić to w poniższej recenzji.
Sidonia jest gigantycznym statkiem-arką, który dryfując w kosmosie ostatecznie ratuje gatunek ludzki przed zagładą. Pustelniaki, tajemnicza rasa straszliwych potworów, doszczętnie zniszczyła bowiem Układ Słoneczny. Nagate Tanikaze poznajemy, kiedy ten, wychodząc z symulatora pilotażu, idzie ukraść ryż. Na skutek niefortunnego, a może  właśnie fortunnego przypadku odkrywa, że miejsce, w którym dotąd żył, nie jest nawet cząstką ogromnej Sidonii, o której, żyjąc odizolowany od świata w jednej kabinie, nie miał bladego pojęcia. Potem jednak, kiedy pojawiają się pustelniaki, przestaje być tak wesoło – Tanikaze musi bowiem przetrwać, co w tym przypadku nie jest takie proste.
Powróćmy do pytania ze wstępu – co poszło nie tak? Zacznijmy od fabuły. Pan Tsutomu Nihei, znudzony widocznie ciężkimi seriami wyróżniającymi się niezwykle gęstym klimatem, postanowił stworzyć coś, co trafi do szerszego grona  odbiorców, a przy okazji zachować swój niepowtarzalny styl. Wyszło to, według mnie, fatalnie. Dla przykładu, na początku obserwujemy bohatera spacerującego po niesamowitych miejscach, praktycznie czujemy ten Niheiowy klimat, aż tu nagle bum! nasz biedny Nagate trafia w sam środek dwuznacznej, fanserwiśnej sceny. Schematy i zabiegi fabularne znane nam ze szkolnych komedii i głupkowaty humor to coś, czego w żaden sposób nie połączy się z atmosferą seinena. Tutaj widzimy, że autor się starał, starał ale nie wyszło. Nie sugerujcie się nazwiskiem Niheia na okładce – mamy tu do czynienia bowiem z najprostszą możliwą fabułą, pełną dramatów i zawirowań, które znamy już do bólu z niejednej serii szkolnej, walki ze złymi i niedobrymi monstrami, bohatera, który tak strasznie irytuje swoją niezdarnością, że nawet nie ukrywamy tego, że bardziej kibicujemy pustelniakom niż jemu, i słodziutki haremik, w tym trzecią płeć (Nihei powinien uczyć Urushiharę, jak wykorzystywać klimaty SF do robienia ecchi-sytuacji), co prowadzi do miliona niezręcznych sytuacji. A wszystko to w mrocznym klimacie, z elementami politycznymi, dobrze napisanymi walkami i  w świetnie wykreowanym świecie przedstawionym. O ile same wymienione wcześniej czynniki to właściwie przepis na dobrą mangę i trudno to zepsuć, to Nihei pokazał, że się da – paradoksalnie, próbując tworzyć mangę uniwersalną, stworzył gniot, którego nie przeczyta raczej nikt.
Jadę po tych „Rycerzach…” jak kombajn, ale uczciwie muszę przyznać, że manga ta ma również dobre strony. Po pierwsze, komiks potrafi momentami wciągnąć – Nihei używa prostych, aczkolwiek bardzo skutecznych zabiegów fabularnych, które pozwalają czytelnikowi zaangażować się w lekturę. Po drugie, świat przedstawiony. Sidonia jako statek jest świetnie wykreowana, jest to bowiem miejsce niezwykle klimatyczne a zarazem ciekawe. Szczególnie scena na początku, kiedy główny bohater spaceruje po jej podziemiach, to praktycznie kwintesencja stylu Niheia. Poza tym pustelniaki, będące potworami, które po raz pierwszy mogliśmy znaleźć w „Abarze”, innej mandze autora, co jest naprawdę przyjemnym nawiązaniem – zresztą wydaje mi się, że gdyby Nihei stworzył zupełnie nowe monstra, na potrzeby tej właśnie mangi, byłyby to urocze, nagie rusałki duszące pilotów swoimi nogami, dlatego właśnie cieszę się, że chociaż potwory mamy tutaj na poziomie.
Panie autorze, pan chyba nie chce, żebym pana zbytnio chwalił. Ja tutaj mówię o plusach, a teraz kolej na bohaterów, którzy są jeszcze gorsi niż fabuła. Zacznijmy od naszego protagonisty, pana Nagate Tanikaze. Jego fajtłapowatość jest tak bardzo denerwująca, że czytając mangę miałem niesamowitą wręcz ochotę wcielić się w pustelniaka i nie zostawić po nim nawet skafandra. Pomijam nawet już jego oszałamiające teksty na podryw („Przepraszam, pewnie cuchnę… niedawno wymiotowałem…”) – ja wiem, że typo pół życia spędził w podziemiach na nudnych symulatorach, ale czy naprawdę Tsutomu Nihei, który zaserwował nam „Blame!”, które można interpretować na wszystkie możliwe sposoby i „Abarę”, mangę-zagadkę udowadniając w ten sposób, że traktuje swojego czytelnika jak osobę myślącą zaserwował nam… coś takiego? Pomijając już wyżej wspomniane cechy, Nagate nie wyróżnia się absolutnie niczym – czarnowłosy, cichy chłopiec, przejawiający tendencję do wpadania w dwuznaczne sytuacje i wymiotowania.
Reszta bohaterów prezentuje się tak samo jak nasz kochany Nagate. Przedstawiają oni bowiem wręcz wzorcowo najczęstsze schematy wykorzystywane we wszelkich komediach. Poza tym są oni tak miałcy i nieciekawi, że mimo usilnych prób nie zdołałem zapamiętać nawet ich imion. Większość z nich pełni rolę słodziutkiego haremu, dostawcy fanserwisu i wydaje mi się, że gdyby ich nie było, fabuła nie zmieniłaby się za bardzo.
Teraz kreska – wydawałoby się, że skoro to Nihei, wszystko powinno wyglądać po prostu niesamowicie. Nihei jednak postanowił całkowicie zrezygnować z tworzenia mangi seinen i zastąpił swój charakterystyczny styl, pełen szarpanych linii, niezwykłego operowania czernią i zapierających dech w piersiach kadrów na rzecz prostego, niezbyt estetycznego rysunku. Owszem, mamy tu odrobinę tego starego, dobrego Niheia, tej niepokojącej architektury, niekiedy nieśmiałego szarpnięcia długopisem, ale to już nie to samo. W „Sidonii” wszystko wygląda do bólu zwyczajnie – postacie rysowane są bez dokładniejszych szczegółów, prostymi liniami, ich mimika również jest dość czytelna. Oko zawiesić można na niektórych krajobrazach i sceneriach, aczkolwiek i one są niczym w porównaniu do stylu Niheia, który znamy z „Blame!”. Może nie powinienem patrzyć na „Sidonię” przez pryzmat tak dobrej mangi, ale nie oszukujmy się – Niheia stać na więcej, niż tylko nieestetyczną pustkę i gumowych bohaterów.
Wydanie, które zaoferowało nam wydawnictwo Kotori jest naprawdę solidne. Tomik ma lakierowaną, czarną obwolutę, 4 kolorowe strony (plus jeszcze jedną w postaci reklamy na końcu) i bardzo dobre tłumaczenie Tomasza Molskiego, który zadbał o naturalność wypowiedzi bohaterów jak i zgodność z pierwowzorem. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to tekst na kolorowych stronach, który dziwnie się zdeformował, co jak tłumaczy Kotori, jest winą drukarni.
Podsumowując, „Rycerze Sidonii” to jedna z gorszych mang, z jakimi miałem do czynienia. Nihei, autor niesamowitych dzieł próbował pocelować w mainstream – wyszło jak wyszło. Rozumiem zamysł – to miała być manga uniwersalna, łącząca fanów autora jak i osoby z zupełnie innym gustem. Przedsięwzięcie śmiałe i jak widać trudne. Czy polecam ostatecznie „Sidonię”? Niestety nie. To idealny przykład komiksu, który miał być dla wszystkich, ale ostatecznie jest dla nikogo. 


Autor: Tsutomu Nihei
Gatunek: shonen, SF
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 4/10
Fabuła: 4/10
Bohaterowie: 3/10
Grafika: 7/10


6 komentarzy:

  1. Manga jest dobra jako pomysł i uniwersum, ale tak - "Fanserwis sprzedaje".
    Plus Kotobukiya wypuściła ŚWIETNE modele do sklejania z tego z kosmiczna ilością detali

    OdpowiedzUsuń
  2. ,,Mamy mangę, a w niej ciekawie skonstruowany świat przedstawiony, kosmos, pustelniaki i niezwykłą, charakterystyczną kreskę. A, i nazwisko Niheia na okładce. Jakim cudem można było to zepsuć?"
    TRIGGERED
    Ocenianie serii po 1/15 fabuły, pozdrawiam.

    ,,? Zacznijmy od fabuły. Pan Tsutomu Nihei, znudzony widocznie ciężkimi seriami wyróżniającymi się niezwykle gęstym klimatem, postanowił stworzyć coś, co trafi do szerszego grona odbiorców, a przy okazji zachować swój niepowtarzalny styl."
    Nie, Nihei nie był znudzony, po prostu musiał za coś żyć. Blame! zdobyło status wręcz legendy, ale nie przełożyło się to na sukces komercyjny, do tego Biomegę musiał wręcz porzucić. Musiał zacząć tworzyć mangi bardziej przystępne i skomercjalizowane, żeby w ogóle mieć za co żyć.

    ,, Tutaj widzimy, że autor się starał, starał ale nie wyszło. Nie sugerujcie się nazwiskiem Niheia na okładce – mamy tu do czynienia bowiem z najprostszą możliwą fabułą, pełną dramatów i zawirowań, które znamy już do bólu z niejednej serii szkolnej, walki ze złymi i niedobrymi monstrami, bohatera, który tak strasznie irytuje swoją niezdarnością, że nawet nie ukrywamy tego, że bardziej kibicujemy pustelniakom niż jemu, i słodziutki haremik, w tym trzecią płeć (Nihei powinien uczyć Urushiharę, jak wykorzystywać klimaty SF do robienia ecchi-sytuacji), co prowadzi do miliona niezręcznych sytuacji."

    Arrgh! Potem stopniowo zacznie się kształtować z tego coś więcej, pojawią się ciekawe rozterki i zagadnienia, a momentami seria będzie zahaczać wręcz o klimat książek Lema. Pustelniaki staną się o wiele groźniejszymi przeciwnikami, bohaterowie z cudnego haremiku będą cierpieć i umierać.
    Nagate też nie jest aż tak beznadziejną postacią, podoba mi się, że jego umiejętności w tym przypadku zostały przynajmniej dobrze wyjaśnione i mają realne podstawy, a nie są częścią aury protagonisty, który musi być najlepszy.

    ,,W „Sidonii” wszystko wygląda do bólu zwyczajnie – postacie rysowane są bez dokładniejszych szczegółów, prostymi liniami, ich mimika również jest dość czytelna. "
    Arrrrghhh! #2
    Wszystko można powiedzieć o tej mandze, ale nie to, że wygląda typowo. Nihei zaczął tutaj kolejny eksperyment, prawie całkowicie zrezygnował z szarości, wszystko składa się z czerni lub bieli, twarze postaci często przypominają maski, wiele elementów jest celowo uproszczonych, a inne celowo nadmiernie szczegółowych. Tego autora cechuje niekończąca się ewolucja, spójrz choćby na Ningyō no Kuni, gdzie dla odmiany po prostu stwierdził, że przestanie używać czerni.

    Daj tej mandze szansę, bo trochę wstyd oceniać aż tak krytycznie dłuższą serię po jednym tomie.

    No i 6/10 za grafikę jest zwyczajnie krzywdzące, ja rozumiem, że szata graficzna Sidonii może być rozczarowaniem dla osoby przywykłej do wcześniejszych mang Niheia, ale zachowajmy choć trochę obiektywizmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oceniam całej serii, tylko pierwszy tom - choćby dlatego w tytule jest "Rycerze Sidonii #1" a nie "Rycerze Sidonii". Cała opinia o mandze jest jedynie na podstawie pierwszego tomu - nie przeczę, że później jest lepiej.
      Oczywiście, że musiał zacząć tworzyć inne mangi, ale Nihei w pierwszym tomie "Rycerzy..." nie jest już tym samym Niheiem - i właśnie to próbowałem przedstawić.
      W pierwszym tomie Nagate nie ma właściwie żadnych umiejętności - cała recenzja, jak już wspomniałem, odnosi się wyłącznie do pierwszego tomu. Na razie jednak przykładowy haremik nie robi nic konstruktywnego, nie mówiąc już o umieraniu.
      W pierwszym tomie jednak jest inaczej - widać braki warsztatowe i błędy w perspektywie, nawet sceny kosmicznych walk są bardzo prosto narysowane. Może i Nihei rzeczywiście podejmuje w Sidonii eksperyment, ale na razie tego nie widać.
      Dam mandze szansę - mocno mnie zaciekawiłaś i przeczytam kolejne tomy i zwrócę honor, jeśli rzeczywiście okażą się lepsze, to zwrócę honor i napiszę recenzję całej serii, w której to uwzględnie.
      I masz rację, rzeczywiście, zbyt krytycznie oceniłem grafikę.

      Usuń
    2. ,,Podsumowując, „Rycerze Sidonii” to jedna z gorszych mang, z jakimi miałem do czynienia"
      ,,Czy polecam ostatecznie „Sidonię”? Niestety nie. To idealny przykład komiksu, który miał być dla wszystkich, ale ostatecznie jest dla nikogo."
      ,,. Jakim cudem można było to zepsuć? Postaram się wyjaśnić to w poniższej recenzji."
      ,, Poza tym są oni tak miałcy i nieciekawi, że mimo usilnych prób nie zdołałem zapamiętać nawet ich imion. "

      To i reszta brzmi jak recenzja całej mangi, a nie tylko pierwszego tomiku ;/ Naprawdę czytając tę recenzję odnosi się wrażenie, że po pierwszym tomie wydałeś wyrok na serię.

      Czy ja wiem, czy widać braki warsztatowe, w Blame! na moje było ich więcej. Kosmiczne walki są narysowane dość prosto jak na Niheia, ale czy to świadczy, że są złe? Mnie prostota Rycerzy Sidonii bardzo się podoba, naprawdę widać, że to celowy zabieg, a nie, że autor nie umie – przecież doskonale wiemy, że umie. Stroje bohaterów z widocznymi łatkami, struktury wytworzone przez pustelniaki, różne tła w Sidonii, no i jeszcze kilka rzeczy, które byłyby spoilerem – to są bardzo szczegółowo narysowane rzeczy. Naprawdę ta manga nie jest narysowana na odpiernicz. Błędy w perspektywie? Możesz podać przykłady? Nihei jest z zawodu architektem i wątpię, żeby popełniał wyraźne błędy tego typu.

      Nie mówię, że Rycerze to jakieś arcydzieło, ale naprawdę, zbyt surowo oceniłeś tę serię po pierwszym tomiku, a ja jestem trochę przeczulona na punkcie Niheia, więc od razu przyszłam robić raban XD Nie spodziewaj się niesamowitych cudów w dalszych tomach, ale na pewno będzie ciekawiej, pojawią się różne problemy natury etycznej, dowiemy się więcej o postaciach, zacznie wkraczać więcej mroku i polityki. Oczywiście harem i głupotki nadal będą, ale nie jako oś fabuły całej.

      Usuń
    3. Rzeczywiście, masz rację - teraz widzę, że recenzja ma inny wydźwięk niż miała mieć. Dostrzegam też, że bynajmniej nie wygląda to jak recenzja jednego tomu - w najbliższym czasie siądę i to poprawię.
      Wspomniałem poza tym o tym, że krajobrazy i lokacje są rysowane bardzo dobrze (aczkolwiek wspomniałem przy tym również o użytej Blame'owej pustce, która w tym przypadku nie ma żadnego jasnego uzasadnienia w fabule co mogło złagodzić nieco przekaz). Spójrz jednak chociażby na stronę 126 i tym, co się stało z biednym Nagate na ostatnim kadrze lub całkowitym braku dynamiki na stronach 137-139. A skoro wiemy, że autor umie, to czemu nie może tego pokazać?
      I postaram się choć trochę zrekompensować w jakby-recenzji Abary, która niedługo się pojawi XD

      Usuń
    4. Niestety nie mam swoich tomików i nie mogę sprawdzić, a w skanach numeracja stron może być trochę inna :C

      Usuń