piątek, 24 lutego 2017

Saga winlandzka #1



Zasadzki na środku morza, skarbce pełne cennego łupu, epickie bitwy. Dawne porachunki, pragnienie zemsty, intrygi, emocje. Nienawiść, smutek, żal, a wszystko to ukryte w pozornie płytkiej historii o wikingach.  Zapraszamy do świata „Sagi Winlandzkiej”!
Thorfinn, chociaż bardzo młody, niesamowicie posługuje się mieczem i mało kto posiada takie umiejętności jak on. Walczy on w drużynie Askeladda, wojownika szanowanego i znanego. Jednak zagłębiając się w przeszłość chłopaka dostrzegamy parę sprzeczności w jego historii, dowiadujemy się, dlaczego  w jego oczach płonie ciągła nienawiść oraz co robi w zespole mężczyzny, który kiedyś wyrządził mu straszliwą krzywdę…
Pozornie prosta i jednowarstwowa manga z elementami historycznymi, ignorując drugie dno nawet niezła, skrywa w sobie o wiele więcej, niż na początku nam się wydaje. Zacznijmy jednak od tego, jaką frajdę sprawia czytanie mangi. Duża ilość spektakularnych,  nieprzesadzonych, długich, emocjonujących walk, zwykle dodatkowo między bohaterami z bardzo skomplikowanymi relacjami, co nadaje całości smaczku, jest wspaniałą rozrywką. Krwi leje się mało, jak dobrze, że autor nie próbował sprawić, aby manga była poważniejsza niż jest. Dodatkowo fabuła, która chociaż jest dosyć prosta, wręcz roi się od intryg i porachunków, co również sprawia, że całość bardzo wciąga i czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Powyższy opis jednak może sprawić, że ktoś uzna „Sagę…” za mangową „Modę na sukces”, dlatego teraz przechodzimy do drugiego dna historii, dla wielu zapewne o wiele ciekawszego niż walki i intrygi.
Komiks ten pełen jest przemyśleń, na niektóre z nich jednak nie dostajemy oczywistej odpowiedzi. Co ciekawe, autor porusza również bardzo trudne tematy, jak niewolnictwo (zresztą bardzo popularne w tamtych  czasach) i  co to znaczy właściwie być niewolnikiem. Bardzo podoba mi się to, że podczas czytania poznajemy światopogląd i hierarchię wartości różnych postaci (które zresztą autor idealnie wpasował w ich charakter) i z niektórymi możemy się zgadzać, a z innymi nie – na szczęście Makoto Yukimura nie sugeruje nam, kogo mamy popierać. Zaryzykowałbym też stwierdzenie, że mimo ilości bitew i różnych innych akcji najwięcej dzieje się w głowach bohaterów. Są oni bowiem zmuszani do podejmowania niezwykle ważnych decyzji oraz wyborów, które nie zawsze są oczywiste i nieraz zmuszają do głębokich refleksji. Całość na szczęście nie jest przy tej ilości filozofii podobnie nudnawa i nieco mozolnie prowadzona co wydane w Polsce „Planetes” tego samego autora – to też idealny przykład rozwoju mangaki, który zaczynając od mocno średnich pozycji kończy na naprawdę świetnych.
Należy wspomnieć również o kolejnej, bardzo ważnej rzeczy – klimacie. I nie mówię tu jedynie o strojach, broni i projektach lokacji oraz statków (swoją drogą wyobrażam sobie, ile musiało trwać zbieranie materiałów), ale o samej atmosferze, atmosferze dawnych opowieści, heroicznych bitew, honoru, o niezwykłym, trudnym do wytworzenia, charakterystycznym dla mang fantasy nastroju. Dla przykładu, kiedy bohaterowie prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą ich bojów i historii nad ciepłym ogniskiem w chatce, w otoczeniu starych, pięknych naczyń i powieszonych na ścianie ryb, wręcz przenosimy się do tego momentu i zanurzamy się w ich historii. Kiedy Panu Yukimurze stworzenie takiej niezwykłej atmosfery  udało się świetnie – widać, że zdawał sobie sprawę z tego, że do wytworzenia klimatu potrzeba czegoś  więcej niż ubranek i paru noży.
Co do noży, to z okładki wita nas właśnie z nożem Thorfinn, główny bohater. To bardzo skomplikowana postać z dramatyczną historią. W młodym wieku – uwaga, lekki spoiler – jego ojciec został zabity przez Askeladda, do którego drużyny należy chłopak, dodatkowo zdając sobie sprawę z tego, co owy wojownik mu uczynił. Czemu tak jest? Tego jeszcze nie wiemy, aczkolwiek myślę, że fakt ten będzie czymś naprawdę niesamowitym i już czekam na ten wspaniały plot twist (o ile nie okaże się, że to już było powiedziane, a ja po prostu jestem zbyt tępy, żeby to wyłapać).
Co do samego charakteru, Thorfinn jest bardzo skomplikowaną  postacią. Na szczęście nie reprezentuje TypowegoBohateraShonena, bo jedyne podobieństwa to to, że bardzo uparcie dąży do osiągnięcia danego celu, na tym nasza lista się kończy. Jest doświadczonym przez los, pełnym wewnętrznego żalu i determinacji bohaterem. Widać to w pewnej walce, w której jako, że jest dla niego bardzo ważna, daje  upust emocjom – pełen nienawiści i agresji rusza do boju, wylewając na zewnątrz wszystkie swoje żale. To wojownik bardzo honorowy i ceniący honor – a wszystko to w wbrew pozorom nietypowy sposób jest idealnie fabularnie uzasadnione wydarzeniami z jego dzieciństwa, które przedstawia nam w pierwszym tomie autor. To kolejny przykład na to, z jak idealną precyzją i dbałością stworzona jest ta manga i jak wiele pracy włożył w nią autor.
Fabuła świetna, bohaterowie świetni, więc co z grafiką…? Uwierzcie mi, tak samo świetna. Dynamiczne a zarazem bardzo przejrzyste sceny walk, narysowane z dbałością o detale tła… Bardzo dobrze autor przedstawia mimikę postaci, która potrafi wyrażać naprawdę wiele. Poza tym przepiękne sceny na morzu, kiedy dosłownie czujemy, jak owiewa nas morska bryza, sceny bitew pełne dynamiki i emocji, wnętrza domów… Naprawdę nie mam nic do zarzucenia Makoto Yukimurze, który chociaż pod względem grafiki szwankował odrobinę w „Planetes”, tutaj zaliczył znaczący skok w górę. Należy też pochwalić pewien bardzo lubiany przeze mnie zabieg, polegający na całkowitym braku tła (ewentualnie rastry) w bardziej dramatycznych momentach, skupia to bowiem całą uwagę czytelnika na danej postaci – tutaj, jako że w mandze nie brakuje pełnych emocji scen, widzimy to dość często i od razu mówię, że nie świadczy to bynajmniej o lenistwie autora.
„Saga winlandzka” jest naprawdę świetnym komiksem, idealnie wyważonym, pełnym nienachalnych refleksji, niesamowitych, bardzo spektakularnych oraz przepełnionych emocjami pojedynków, ale możemy też odczuwać, że czegoś tu brakuje. Chodzi tu zapewne o wyraźniejszą linię fabularną i główny wątek, ale spójrzmy na to z drugiej strony – po co się spieszyć? Od początku widzimy, że manga w założeniu ma być historią dość długą, więc przydałby jej się solidny wstęp z dokładną prezentacją świata przedstawionego oraz cech bohaterów, przy okazji uzasadniając je retrospekcjami. Więc może to nawet lepiej, że w pierwszym tomie nie mamy rozpoczętego głównego wątku ani nakreślonego schematu fabuły, ponieważ dzięki temu w kolejnych tomach komiks będzie o wiele lepszy.
Do polskiego wydania, które możemy trzymać w łapkach dzięki wydawnictwu Hanami, mam parę zastrzeżeń. Po pierwsze – cena. Bo nie oszukujmy się, 65 zł za około 400-stronicową mangę to dość sporo. Dalej mamy kolorowe strony, które teoretycznie są, ale są one dla mnie tak bardzo brzydkie, że bardziej szkodzą mandze, niż jej coś dodają, zresztą Hanami mogłoby dać je na odrobinę lepszym papierze, bo ten jest dokładnie taki sam, jak reszta komiksu. Tak samo słabo jest z tłumaczeniem, które zaliczyło parę wpadek – całkowicie niepotrzebne wulgaryzmy (w dodatku dość współczesne) w różnych dziwnych miejscach, język bardzo niepasujący do wikingów oraz ilość zbłąkanych przecinków i literówek. Z kolei pochwalić muszę dodatki, takie jak szkice, projekty i przydatne mapki oraz (teoretycznie) zabawne czterokadrowe historyjki, które zawsze nieco umilają lekturę.
Podsumowując, jeśli szukacie dynamicznej, emocjonującej historii pełnej zwrotów akcji, „Saga winlandzka” jest dla Was. Jeśli szukacie spokojnej, nieco melancholijnej historii pełnej niebanalnych rozmyślań, „Saga winlandzka” również jest dla Was. Jeśli chcecie przeczytać coś o wikingach oraz ich przygodach, „Saga winlandzka” to też komiks dla Was. W każdym innym przypadku również – „Saga winlandzka” jest zdecydowanie dla Was! 

Autor: Makoto Yukimura
Gatunek: seinen, historyczne, dramat
Wydawnictwo polskie: Hanami
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 9,5/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 10/10
Grafika: 10/10



6 komentarzy:

  1. Chciałam sięgnąć po ten tytuł, ale cena jest zabójcza, dlatego poczekam na przypływ gotówki, albo na promocje, albo na i na to i na to. XD
    W prawdzie mówiąc chciałam zacząć od Planetes, ale bardziej ciągnie mnie do wikingów (cholera wiem czemu XD). Zobaczymy jak będzie, może uda mi się gdzieś dopaść w dobrej cenie :P
    Przez to, że Hanami ma na swoim koncie dość dużo wpadek w swoich wydaniach, jakoś nie palę się do zakupu ich mang, aż tak bardzo jak do JPFu czy innych wydawnictw. XDDD
    Dobra recenzja. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cena rzeczywiście jest zabójcza, aczkolwiek ja kupiłem na Arosie i tam jest o 20zł taniej, to już w sumie da się przeboleć. :P
      Nie polecam zaczynać od Planetes bo jest o wiele słabsze, momentami po prostu nudne, aczkolwiek wydanie jest zdecydowanie lepsze. Tak to jakoś jest z tymi wydaniami, że im lepsze tym chętniej się kupuje mangę, no nie? :D
      I dziękuję :3

      Usuń
  2. Z kolorowymi rysunkami to zauważyłam, że całkiem sporo mangaków ma problem, w wersji czarno-białej wszystko piękne, a na okładki czy kolorowe strony aż trudno patrzeć.
    Sama mam ochotę na tę mangę, ale to kiedyś, na razie za wiele już serii zbieram, żeby się pakować w kolejną. No i jednak to nieszczęsne Hanami, w sumie jeszcze nic od nich nie czytałam, ale tyle razy czytałam narzekania, że się z góry uprzedziłam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciesze się że wreszcie wyszło to u nas.
    Niestety miałęm tylko przyjemność czytać skanlacje, ale orginalne papierowe wydanie zawsze lepsze.
    Jakieś plany na przyszłe posty?

    Dziękuje za posta
    Krzysztof z http://fejwsi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakoś nawet nie myślałam nad przeczytaniem tej mangi, ale teraz zaczynam być jej ciekawa. Chociaż cena mało zachęcająca... No cóż, pozostają jeszcze promocje. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. ,,Bo nie oszukujmy się, 65 zł za około 400-stronicową mangę to dość sporo."
    Panie, za VS warto dać prawie każe pieniądze :D :D :D

    OdpowiedzUsuń