czwartek, 18 sierpnia 2016

Dimension W #1



Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wąsy były modne (i to nie tylko u hipsterów!) żył sobie pan imieniem Nikola Tesla. Znamy? Znamy. Ale z czym nam się kojarzy? Mi ze śmiesznymi imionami i tyłem okładki mojego podręcznika od techniki, na którym widnieje jego zdjęcie. A mój podręcznik od techniki kojarzy mi się ze szkołą, która kojarzy mi się zazwyczaj źle. Recenzowana tu manga, „Dimension W”, cała opiera się na wizji tego oto pana. Czy coś oparte na zamyśle faceta o imieniu Nikola, który idąc naszą skojarzeniową drogą kojarzy się źle (przynajmniej mi, bo jak widzicie, jestem mało ambitnym człowiekiem, dla Was może być to genialny wynalazca itd.) może być ciekawą mangą? Okazuje się, że tak.
Rok 2072. Ładowarki i baterie odeszły w przeszłość, gdy ludzkość odkryła Wymiar W – nieograniczone źródło energii. Stworzono więc 60 ogromnych wież na całym świecie, które ją z niego czerpały. Każde produkowane urządzenie ma w sobie tak zwane ogniwo – coś, co otrzymuje energię z jednej z wież, a potem przetwarza ją tak, aby mogła służyć człowiekowi. Z kolei Kyouma Mabuchi, zgorzkniały mężczyzna, zajmuje się zbieraniem nielegalnie wyprodukowanych ogniw. Za każde zlecenie otrzymuje nie tylko pieniądze, ale i… benzynę. Tak się bowiem składa, że nasz Kyouma nienawidzi ogniw i kocha stare samochody. Zamiast nowoczesnej broni w walce używa zestawu igieł i sprawia wrażenie człowieka, żyjącego jedynie przeszłością. Traf chciał, że jego losy krzyżują się z poczynaniami androida płci żeńskiej, uroczej dziewczynki, która składa mu zaskakującą propozycję. Co wyniknie ze współpracy tych dwóch skrajnie odmiennych osobowości?
Anime na podstawie tej mangi było pełne wciskanego gdzie się ta fanserwisu, durnych jatek co chwilę i schematów, przez co porzuciłem je po pierwszym odcinku. Komiks z kolei ma fajny, ciekawy klimacik nieco starszych SF, ocierający się momentami o ten  ze starych „Star Warsów” (pomińmy te nowe, bo to jakieś nieporozumienie) i – jakiś mangowy przykład – „Było ich jedenaścioro”. Poza tym, autor  bawi się konwencją i jako głównego bohatera mangi shonen daje nam zgorzkniałego faceta zamiast młodego, żywego „uratujmy świat” albo innego wkurzającego Erena. Próbując trafić do  jak najszerszego grona odbiorców, sprawia, że przebieg wydarzeń bardzo przypomina typowy shonen, ale odrobina smaczków na drugim planie i ciekawych zagrań jest ukłonem w stronę bardziej wyrobionego i starszego czytelnika.
Fabuła przypomina mi momentami „Gakkou Gurashi!” – całość wciąga, jest spójna, ma dużo nierozwiązanych wątków i tajemnic w tle. Na razie wszystko jest zrozumiałe i raczej proste - bardzo dobrze, bo zbytnie pomieszanie wątków mogłoby okazać się klęską tej mangi.
Teraz muszę przejść do paru wad. Autor zwlekał z wprowadzeniem wątku głównego tak długo, że w pierwszym tomie ciągle go nie poznaliśmy. Szkoda, bo wyszłoby to serii na dobre – całość wciągałaby jeszcze bardziej i byłaby ciekawsza. Niekonsekwencję widać też w tym, że autor nie mógł się zdecydować, czy chce rysować shonen, czy może jednak coś dla starszego czytelnika. Oprócz wspomnianych parę akapitów (/kondygnacji, ktoś jeszcze pamięta z czego to :D?) wyżej smaczków na drugim planie pan Yuji Iwahara chciał jeszcze bardziej podnieść zainteresowanie mangą wśród starszych czytelników, przez co w ostatecznym rozrachunku całość jest trochę naiwna, ale równocześnie bardzo poważna, a te dwie rzeczy pasują do siebie tak samo, jak pomarańczowy do zieleni (to znaczy tak sobie).
O ile sama fabuła, poza paroma mankamentami, naprawdę trzyma poziom, to z postaciami jest o wiele gorzej. Zacznijmy od głównych bohaterów – Kyouma na samym początku sprawia bardzo dobre wrażenie, umie walczyć, ma ciekawy, dobrze stworzony charakter i nie jest kolejnym „zabiję wszystkich tytanów!”. Wszystko zmienia się, gdy poznaje androidkę imieniem Mira. Zamienia się w bucowatego, wkurzającego i straszliwie niemiłego typa, który żywi wyraźną niechęć do robotów. W powietrzu czuję moralizatorstwo (z takiej sytuacji bez zbędnej puenty udało się wybrnąć jedynie Urasawie w „Pluto”), a to coś, co tygryski lubią najmniej. Z samą Mirą też nie jest dobrze. To typowa, urocza, niezdarna i piskliwa dziewczynka, pełniąca rolę hojnego dawcy fanserwisu, a przy okazji ciągle jakimś cudem lubiąca Kyoumę, który jest dla niej okropny. Przypomina mi wilczka z „Kronik pradawnego Mroku”, tego z pierwszego tomu, który mimo tego, jak traktował go na początku Torak, ciągle za nim łaził.
Na szczęście cyrk na pierwszym planie ratuje plan drugi. Postacie te reprezentują barwną gamę charakterów, niektóre z nich zupełnie odstają od schematów i da się ich polubić. Nawet „ci źli”, których co prawda znamy krótko, robią dobre wrażenie. Na szczególną uwagę zasługują też niezwykłe projekty bohaterów – według mnie chyba najlepsza strona tej mangi. Każda z nich wygląda niesamowicie, równocześnie pasując do swojego charakteru i… Zresztą, musicie to sami zobaczyć, a już szczególnie „tych złych” z rozdziału pierwszego – uczta dla oczu!
Kreska w „Dimension” bardzo mi się spodobała. Autor ma swój własny, niepowtarzalny styl, przypominający trochę ten z mniej szczegółowo rysowanych komiksów. Całość jest dynamiczna, bez wątpienia oryginalna i ciekawa. Bohaterowie rysowani są z dbałością o detale, a równocześnie odrobinę niedokładnie i jakby to określić… luźno. Autor nie boi się nietypowych ujęć i perspektyw, a anatomia zazwyczaj jest tu zachowana. Projekty zarówno wnętrz, jak i postaci, to jak już pisałem, pierwsza klasa. Zastrzeżenia? Momentami mimika postaci jest trochę nieadekwatna do sytuacji, ale to naprawdę nieduży minus.
Mangę w Polsce wydało Waneko. Otrzymaliśmy wydanie w ich standardowym, mniejszym formacie, z lakierowaną lakierem wybranym obwolutą i aż siedmioma kolorowymi stronami. Tak naprawdę do niczego nie mogę się przyczepić – papier jest biały, czernie czarne, tłumaczenie jest bardzo dobre i naturalne… Trochę szkoda jednak, że „Dimension” nie wychodzi w powiększonym formacie Waneko, bo ta nietypowa i ciekawa kreska naprawdę na to zasługuje…
Podsumowując, manga ta fabularnie to ciekawy miks i może się spodobać zarówno starszym jak i młodszym czytelnikom. Z postaciami gorzej, ale nie ma w końcu róży bez kolców. Czy polecam? Tak. W ostatecznym rozrachunku „Dimension W” jawi się nam jako miła rozrywka pełna smaczków, na dodatek dość uniwersalna, jeśli chodzi o odbiorców. Takie mangi sprawiają, że Tesla zaczyna mi się kojarzyć nie tylko ze szkołą i śmiesznymi imionami, ale solidnym, ciekawym science-fiction.


Autor: Yuji Iwahara

Gatunek: shonen, science-fiction
Wydawnictwo polskie: Waneko
Wydawnictwo japońskie: Square Enix

Ocena główna: 6,5/10
Fabuła: 7/10
Bohaterowie: 5/10
Grafika: 8/10


Za mangę dziękuję bardzo Wydawnictwu Waneko :)

(poza tym wyniki konkursu pojawią się lada dzień)


4 komentarze:

  1. A mi właśnie anime się podobało (o czym już u siebie pisałam). Fakt, fanserwisu było dość sporo, ale nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo, bo sama historia była ciekawa, no i lubię bohaterów pokroju Kyoumy (którego nie oceniałabym tak surowo - to jedna z tych postaci, która zyskuje przy bliższym poznaniu).
    Z tego, co zdążyłam zauważyć na podstawie pierwszego, anime dość wiernie trzymało się mangi. Też podoba mi się kreska, ma w sobie coś charakterystycznego. I rzeczywiście, świetnie prezentowałaby się w większym formacie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie Tesla kojarzy się z wieloma rzeczami, ale ja generalnie bardzo tesluję.
    Denerwuje mnie postawa głownego bohatera, ja rozumiem, że jakieś ma powody, bo trauma zapewnie, przeczytam i się dowiem, ale to nie usprawiedliwa jego zanieczyszczania środowiska dla idei.
    ,,a te dwie rzeczy pasują do siebie tak samo, jak pomarańczowy do zieleni (to znaczy tak sobie)."
    Dimension W to marchewka :D
    ,,Przypomina mi wilczka z „Kronik pradawnego Mroku”, tego z pierwszego tomu, który mimo tego, jak traktował go na początku Torak, ciągle za nim łaził."
    Kurczę, ktoś oprócz mnie to czytał? :D Kochałam tę serię! Torak miał prawo się wściekać, własnie stracił ojca, niedźwiedź chciał go zjeść i tak dalej, niewesoła sytuacja. No i on aż tak źle go mimo wszystko nie traktował...
    Szkoda, że w polskim wydanie nie ma świecących w ciemności elementów na okładce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jednak nie jestem jedyną osobą na świecie, która czytała Kroniki, jupi! I mi też żal świecących elementów, lubię takie bajery ;-;

      Usuń
  3. Hej, pomarańczowy i zielony mogą nawet nieźle ze sobą współgrać :D Spójrz na przykład na design GUMI, która przedstawiana jest z zielonymi włosami i pomarańczową bluzą (ale to taki dziwny kolor na większości artów właściwie, choć chyba najbliżej mu właśnie do pomarańczowego). Wszystko zależy od odcieni i w ogóle. Można zrobić z tymi kolorami naprawdę fajne kombinacje (a i jest jeszcze marchewka, marchewki bardzo ładnie wyglądają i są całkiem smaczne) =D
    Nie oglądałam anime, więc w sumie nie wiem o co w Dimension W chodzi, ale raczej o coś grubszego, więc pewnie sięgnę po kolejny tom. Aw, ta kreska jest świetna. Na szczęście manga nie dostała tego najmniejszego u Waneko formatu (tego, w którym został wydany Requiem Króla Róż =/). Na razie komiks jest całkiem dobry i naprawdę mnie zainteresował. Szkoda tylko tych elementów święcących w ciemnościach, bo taki tomik świetnie by wyglądał.

    OdpowiedzUsuń