poniedziałek, 25 lipca 2016

Requiem Króla Róż #1



Jest dużo unikalnych i niezwykłych mang, których fabuła jest jedyna w swoim rodzaju – należy tu wspomnieć o klasykach, jak np. „Mój drogi bracie…” i również pracach polskich artystów (do których zalicza się dla przykładu „Red Dada” od Hitohai). A co by dało pomieszanie „Mój drogi bracie…” i „Red Dady”? Ja już wiem – „Requiem Króla Róż”.
Ryszard od początku miał w życiu pod górkę, urodził się bowiem hermafrodytą – mówiąc po ludzku, obojnakiem. Jego matka szczerze go nienawidzi i wmawia mu, że jest „plugawym dzieckiem diabła”. Ryszard, ojciec Ryszarda (spokojnie, nie będzie już kolejnego Ryśka) pragnie z kolei zdobyć koronę i zasiąść na tronie króla. Tak się składa, że Rysio i jego ojciec pochodzą z rodu Yorków, a obecny król reprezentuje ród Lancasterów (mam nadzieję, że jeszcze się nie pogubiliście). W końcu więc ojciec Ryszarda rusza do boju z Lancasterami. Jak rozstrzygnie się ta wojna?
Przyznaję, że podchodziłem do mangi bardzo sceptycznie. Bisze, które patrzą teraz na mnie ponurym wzrokiem z okładki, to zupełnie nie moja bajka, a chyba najbardziej bałem się elementów „gender bender”, które pojawiło się w tagach. Jak się okazało, stare przysłowie, aby nie oceniać książki po okładce, można brać również dosłownie – kiedy dałem już wciągnąć się w niesamowity świat wszystkie bisze i gender przestały być dla mnie ważne. Aya Kanno ma niesamowity sposób prowadzenia fabuły – jest ona niezwykle chaotyczna, co jest w pełni zamierzonym zabiegiem. Autorka umiała wykreować chaos, nie pogubić się w nim, zgrabnie połączyć wszystkie wątki i zachować spójność, przy okazji zamiast zwyczajnie prowadzonego ciągu fabularnego stworzyć oryginalny misz-masz. To, przed czym tak się wystrzegamy, czyli chaos, potrafi okazać się genialnym i nietypowym pomysłem, a prawidłowo ograny może dać niezwykły efekt. Cieszy mnie, że wszystko ma swoje ręce i nogi, a mimo chaosu fabuła jest spójna, chociaż zakręcona i trochę zagmatwana. Kojarzy mi się to z pracami Katarzyny „Hitohai” Wasylak, jak wspomnianą wyżej „Red Dadą”. Po lekturze „Requiem…”, nazywanego przez fanów „Ryśkiem”, widać również, że stworzenie oryginalnej, a dzięki temu świetniej fabuły, w dodatku spójnej i jasnej, musiało autorkę sporo kosztować – dam głowę, że zarwała parę nocek ślęcząc nad „Ryśkiem”, ale cały trud się opłacił. Powróćmy na chwilę do wstępu – wspominałem tam o genialnym „Mój drogi bracie…” Riyoko Ikedy. Co wspólnego ma więc „Requiem…” z tą pozycją?
Dramatyzm. O tak, w dziele Ayi Kanno czuć inspirację znakiem firmowym Ikedy, czyli dramatyzmem wylewającym się z każdej strony. Pełno tu teatralnych póz, poetyckiego języka i wewnętrznych rozterek bohaterów. W to wszystko na dodatek wpakowana jest solidna łyżka mroku i niepokojącego klimatu. Szalona mieszanka, mogłoby się wydawać, ale skuteczna. Wszystko to sprawia, że „Rysiek” jest jedną z oryginalniejszych i ciekawszych mang, z jakimi miałem do czynienia.
Nasłodziłem, że aż miło. Wypadałoby wspomnieć też o wadach, które może nie wpływają przesadnie na odbiór dzieła, ale niestety pojawiają się i w tym tytule. Mowa tu o pierwszym rozdziale – nieprzejrzystym i dziwnie poprowadzonym, a przy tym, przynajmniej na początku, schematycznym i ocierającym się o klisze typowego shojo. Widać tu, że autorka najpierw chciała robić coś, co się sprzeda, a dopiero potem stwierdziła, że stworzy coś oryginalnego. Na szczęście już pod koniec pierwszego rozdziału wszystko robi się coraz ciekawsze, klisze i sztampa znikają i czuć, że pani Aya Kanno czerpie radość z tego, co rysuje.
Bohaterowie nie są najważniejszym elementem historii – sposób prowadzenia fabuły sam siebie stawia na pierwszym miejscu, a wszystko inne spycha na drugi plan. Ryszard jest postacią dramatyczną – od zawsze odtrącony przez matkę i budzący pogardę wśród innych. Sprawiło to, że stał się ponurym i nieufnym introwertykiem. Marzy o tym, aby stanąć do boju i walczyć za ród Yorków – jest to spowodowane tym, że jego ojciec, jedyna osoba, która naprawdę go kocha, również jest rycerzem. To chyba najlepiej wykreowany i najbardziej ciekawy bohater w „Ryśku”. Wraz z rozwojem fabuły obserwujemy i jego rozwój i mam nadzieję, że autorka wykorzysta potencjał drzemiący w tej postaci.
Dalej mamy Henryka – obecnego króla, pochodzącego z rodu Lancasterów. Nienawidzi on wojny całym sercem, ponieważ jest bardzo mocno wierzącym człowiekiem i uważa, że (cytuję): „Wyznawcy tego samego Boga wyrzynają się nawzajem. To obraza Boskiego majestatu”. Henryk również jest dramatycznym bohaterem i wiele razy było mi go naprawdę szkoda. Dopiero później okazuje się, jak wiele wspólnego ma z Ryszardem – nie będę zdradzał więcej, bo chcę uniknąć spoilerów. Niektórym Henryk może wydawać się zbyt ciapowaty, jednak mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało.
Ojciec Ryszarda jest typowym, walecznym i honorowym wojownikiem, mamę zaś z chęcią byśmy ukatrupili. Robi wszystko, co tylko może, aby pognębić swojego syna, co mocno odbija się na jego psychice i widać to później w  jego zachowaniu. Genialnym pomysłem jest natomiast wrzucenie do tego wszystkiego Joanny D’arc – ducha, obserwującego wszystko z góry i po cichu zaśmiewającego się z Ryszarda. Czasami objawia się Ryśkowi, a jej tekst podczas ich pierwszego spotkania, „Jestem Joanna. Jestem jak ty” na pewno zapadnie w Waszej pamięci na dłużej.
Sposób rysowania Ayi Kanno przypomina typowe shojo – dużo biszów, kwiatuszków i tak dalej. Manga ma dość przeciętny poziom graficzny – momentami anatomia pozostawia wiele do życzenia, a podczas ujęć z daleka bohaterowie są rysowani tylko jako maleńkie szkice. Wina deadline’u? Być może. Aczkolwiek muszę przyznać, że postacie kobiece, projekty postaci i tła przypadły mi do gustu. Mamy tu też dużo pustki (czasami niewypełnionej nawet rastrami) i różnych tego typu bolączek, na które cierpią obecne szojki. Jednym słowem – jest dość przeciętnie.
Manga została wydana w Polsce przez Waneko. Format jest trochę węższy, jak to w przypadku mang shojo wydawanych przez to wydawnictwo. Obwoluta jest bardzo ładna (chociaż jej tył troszkę rozpikselowany), papier jest biały a czernie czarne. Szkoda trochę, że nie mamy tu żadnych kolorowych stron, bo zawsze trochę koloru to miły dodatek do mangi. Teraz trochę ponarzekam – tekst w dymkach nie wygląda najlepiej. Czasami jest zbyt blisko krawędzi dymka, a czasami zbyt daleko. Podobne odczucia miałem przy czytaniu pierwszego tomu „Bakumana” od tego samego wydawnictwa. Wszystkie krzaczki zostały wyczyszczone.
Podsumowując, „Rysiek” jest bardzo dobrą, oryginalnie poprowadzoną i solidną mangą, zahaczającą o nietypowe shojo. Ta historia ma w sobie prawie wszystko – mrok, dramatyzm, nawiązania do Szekspira (które bardzo mi się podobały), niezwykłe zabiegi fabularne… Mimo paru drobnych wad – polecam z czystym sercem. „Requiem…” to nieodkryta perełka, mająca ogromy potencjał. Kolejny tom kupię i coś czuję, że nawet pojawienie się jeszcze paru Ryszardów (jakby nie mieli wtedy innych imion, ale może wtedy taka moda była…) nie zepsuje mi przyjemności z lektury.


Autor: Aya Kanno
Gatunek: shojo, historyczne
Wydawnictwo polskie: Waneko
Wydawnictwo japońskie: Akita Publishing

Ocena główna: 7,5/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 6/10
Grafika: 6/10
 
A za mangę dziękuję bardzo Wydawnictwu Waneko :) 

PS Przypominam o tym, że konkurs trwa :D!


4 komentarze:

  1. Sama nie wiem dlaczego, ale przez dłuższy czas jakoś wzbraniałam się przed tą mangą. Na początku ciężko mi się było połapać w tym, co się dzieje, ale dezorientacja w końcu minęła i szybko się wciągnęłam. Drugi tom mam już za sobą i nie mogę się doczekać kolejnego. A co do kreski, to bardzo mi się podoba. Aż trudno uwierzyć, że ta sama osoba stworzyła też "Istotę zła" - tak bardzo różni się kreska w obu tych mangach. ;o

    OdpowiedzUsuń
  2. Na zakup zdecydowałam się, bo bardzo spodobał mi się Rysiek. Zakupu absolutnie nie żałuję, bo to kawał naprawdę dobrej mangi. Czekam z niecierpliwością na to, co autorka jeszcze wymyśli. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładnie proszę o justowanie tekstu, estetyczniej to wygląda i lepiej się czyta D=
    Moim głównym zarzutem w stronę Requiemu jest ten nieszczęsny tekst. Po to są wydruki próbne żeby sprawdzić jak to będzie wyglądać, ale tu takie potworki nam dają. Szkoda tylko, że to wina wydawnictwa. Nawet anglojęzyczne lepiej wygląda. No i format, tutaj też Waneko namieszało. Liczyłam na standardowy, a oni dali ,,typowy dla ich mang shoujo", czyli niższy od takiego Tokyo Ghoula. Smutno, bo ilustracje są śliczne, poza tym i tak dość mocno je przycięli :/
    Wydaje mi się, że bohaterowie jednak są dość ważni dla tej mangi, bo jednak poruszony zostaje tu konflikt dwój rodów. W dużej mierze to od postaci zależy, której stronie będzie kibicował czytelnik (osobiście lubię Rysia, choć jako osoba, która o wojnie dwóch róż czytała, trzymam kciuki za różne postacie dla samej frajdy :P). Poza tym podoba mi się, że autorka wprowadziła tu Joannę (o tej też wiem wiele, bo właściwie jest dość sławna) i przypisała jej taką rolę.
    Ogólnie to wrażenia z lektury mam naprawdę pozytywne i cieszę się, że manga jest u nas wydawana =D

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam już trzy tomiki Requiem i... nadal nie mam pojęcia, co o nim myśleć. Jak na razie taka sinusoida, jedne fragmenty bardzo mi się podobają, inne tak sobie, jeszcze inne wcale. W sumie przed zakupem pierwszego tomu miałam nadzieję na trochę więcej intryg, spisków i polityki, gdybym teraz miała zacząć zbierać, nie wiem, czybym się zdecydowała.

    OdpowiedzUsuń