czwartek, 16 czerwca 2016

Róża Wersalu #1


Zło. Elegancja. Morderstwa. Oszustwa. Piękno. Złoto. Pieniądze. Samobójstwa. Te wszystkie rzeczy łączy to, że bazują na kontraście między sobą. Pieniądze i piękno różnią się znacząco od zła i morderstw. Jednak oprócz tego łączy je coś jeszcze i jeśli się chwile zastanowiliście, to zapewne już wiecie, co. Tak, gratulacje. Manga „Róża Wersalu” i francuski dwór pod koniec osiemnastego wieku.
Maria Antonina zostaje delfiną francuską. Nie, delfina to nie kobieta-delfin, tylko tytuł następcy tronu we Francji, jak życzliwie tłumaczy w przypisie JPF. Tak naprawdę nie wie nic o władzy, ale pal licho takie nieznaczne szczególątka, ważne, że pomoże w zakończeniu wojny Austrii z Francją. Jako żona Ludwika XVI ma przed sobą ważne decyzje i odpowiedzialność za losy wielu ludzi. Oprócz tego poznaje ona pewną odważną, zdecydowaną wojowniczkę – Oscar de Jarjayes, kobietę często myloną z mężczyzną. Jak potoczą się ich losy?
Od mangi autorki rewelacyjnego „Mój drogi Bracie…” spodziewałem się wiele. Chyba jeszcze żaden komiks mnie tak nie wciągnął. Losy postaci historycznych przeplatanych z fikcyjnymi (jak np. Oscar) mają w sobie coś wręcz magicznego – nie można się od nich oderwać. Z zapartym tchem śledziłem bardzo dobrze napisaną fabułę, pełną zwrotów akcji i czegoś jeszcze. Mowa tu o niezwykłym klimacie, ale o tym za chwilę, bo najpierw muszę poruszyć dużo ważniejszą kwestię.
Jak już pisałem, Maria Antonina nie nadawała się na władczynię. Naiwna, młoda, ale niezaprzeczalnie piękna nie była na tyle dojrzała, aby rządzić jakimkolwiek państwem. Toteż nic dziwnego, że jej to nie wychodziło. Oczywiście, pozostawał jeszcze Ludwik XVI, ale to typ ciepłych kluchów. Na początku, kiedy Antonina jeszcze nie rządzi, wszystko ma się dobrze, ale kiedy nasza delfina przejmuje władzę, obserwujemy, jak wszystko zaczyna się walić. Rozpoczynają się bunty ludności, bieda, głód, a Antonina jakby tego nie zauważa tylko ciągle żyje swoim beztroskim życiem. Potem parę osób odkrywa, jak łatwo nią manipulować. Młoda królowa zaczyna grać na pieniądze, kupować drogie, pierzasto-kryształkowe suknie i olewać, przepraszam, ignorować potrzeby państwa. Niełatwo jest wykonać zabieg fabularny polegający na nagłym dostrzeżeniu „coś jest nie tak”, co skutkuje waleniem się wszystkiego, upadkiem tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić we wcześniejszej części lektury. Tym bardziej wielkie brawa dla pani Riyoko Ikedy.
Wiecie, gdzie można znaleźć spoilery do „Róży Wersalu”? W Wikipedii, w artykułach o rewolucji francuskiej i Marii Antoninie. Ikeda narysowała w gruncie rzeczy to, co działo się naprawdę, dlatego jest to manga historyczna. Oczywiście część wydarzeń została przez nią wymyślona, a wszystko polane zostało dużą dozą dramatyzmu i elegancji.
I znów to, co pojawiało się w Braciszku – wszechobecny przepych, oszałamiająca ilość kwiatuszków i dramatyzm, charakterystyczny dla autorki dramatyzm. Tutaj do tego wszystkiego została dodana elegancja i wytrawność francuskiego dworu oraz ciągły niepokój o losy mieszkańców. I znów muszę pochwalić Ikedę – taki nastrój niełatwo stworzyć. Po raz kolejny mam nieodparte wrażenie, że autorka musiała się natrudzić o wiele więcej, niż może się wydawać.
Kolejne zalety – fabuła. Idealnie wyważona, zarówno z wydarzeniami spokojnymi jak i pełnymi emocji i uczuć. Ikeda od początku wiedziała, o czym chce tworzyć – mamy tu dramatyczną historię miłosną, a wszystko to na historycznym tle upadającej Francji, bez jakichkolwiek upiększeń. Dodatkowo, z tej całej historii możemy coś wynieść – Maria Antonina tak naprawdę nie wiedziała, kim chce być. Jak to dziecko nie miała jeszcze wyrazistego charakteru i nie przeżyła zbyt dużo. Mimo to została zmuszona - bo nie oszukujmy się, taka jest prawda - na odejście od kochającej matki i zostanie królową. Natłok obowiązków, etykieta i surowe reguły dworu nie pozwoliły jej na uświadomienie sobie, kim tak naprawdę chce być. Musiała sztywno trzymać się wyznaczonych zasad, co niszczyło ją zatrzymując jej rozwój. Paradoksalnie, kobieta rządząca państwem, podejmująca decyzje i tak dalej nie miała możliwości podejmowania decyzji wobec siebie. Młoda królowa jest w tym wypadku postacią jakby tragiczną. Idąc dalej drogą interpretacji, nasuwa nam się parę mądrych i uniwersalnych wniosków. Pierwszy – czasami to, czego pragniemy, może okazać się zgubą dla naszej wewnętrznej części, chociaż czasami możemy nawet tego nie dostrzegać. Drugi – momentami warto się obejrzeć, sprawdzić, czy wszystko jest dobrze, trochę przystopować i dać więcej czasu samemu sobie. Prawdę mówiąc, historia w „Róży Wersalu” jest tak uniwersalna, że gdybym się postarał mógłbym znaleźć jeszcze z dziesięć różnych interpretacji (parę innych już mam).
Oscar i Maria Antonina są oparte na kontraście. Młoda królowa to, jak już pisałem, zagubiona i niepewna kobieta, a Oscar jest zdecydowaną, silną wojowniczką. Pomaga jak może naiwnej Antoninie, nawet, gdy ta tego momentami nie dostrzega. Tak naprawdę Oscar bardziej zasługuje na tytuł królowej, ale to kobieta bardzo skromna, ale i heroiczna. Jej postawa motywuje do działania, można by rzec, postać bez wad. Jak zwykle coś takiego mi przeszkadza to tu Oscar bardzo, bardzo polubiłem. Mam wrażenie, że jest to zasługą tego, że, mimo iż idealna, zachowuje się jak człowiek. Czyli: dla przykładu na samym końcu poszła do karczmy i porządnie się upiła, a jeśli ktoś jej grozi, nie droczy się tylko ciacha go nożem. Nawet w takim ciachnięciu jest jednak elegancja i heroizm.
„Mój drogi Bracie…”, jak już pisałem, było shojo-ai, czyli tak zwanym delikatnym i stonowanym yuri. Tu coś takiego pojawia się na drugim planie i to nawet nieraz. Wielkie wrażenie wywarła na mnie strona, na której młoda dziewczynka płacze, czemu Oscar nie jest mężczyzną, przy okazji ściskając jej mundur. Ikeda porusza ważny temat – że często jedyną granicą między prawdziwą miłością jest płeć. Że czasami może nie stoi ona na pierwszym planie jeśli chodzi o uczucie, którym możemy kogoś darzyć. Że może da się prowadzić spokojne życie i kochać kogoś, kto ma tę samą płeć, ponieważ ten czynnik nie zawsze jest najważniejszy? Jednak autorka nie odpowiada nam na te pytania „tak i już, koniec dyskusji” tylko przedstawia argumenty za i przeciw, pozwalając się nam nad tym zastanowić. No fakt, może się wydawać, że o tym samym jest X innych yaoiców, w których to panowie mówią sobie jak bardzo się kochają, całusek i koniec. To też o tym, że olać płeć, orientacje i tak dalej, weźmy ślub w Monachium i wszystko będzie super. Ale tutaj mamy przedstawione wszystkie argumenty za i przeciw, rozważania „co by było gdyby…” i pełną gracji i wdzięku formę. Jeśli kogoś interesuje ten temat, to chyba lepiej poczytać o tym tutaj, niż w choćby „Zakochanym Tyranie” (bez urazy dla wszystkich fanek „Zakochanego Tyrana”).
Kreskę Ikedy opisywałem już w recenzji „Mój drogi Bracie…”. Wszystko wygląda tu podobnie – tak wielka ilość kwiatuszków i serduszek, że można dostać epilepsji, dramatyczne, teatralne ujęcia, charakterystyczne twarze. To bardzo specyficzny styl i nie każdemu podejdzie on do gustu, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo przypomina samą mangę, jestem to w stanie przeboleć.
Na temat wydania jest co pisać… Manga ma 590 stron, jest wydaniem zbiorczym trzech oryginalnych tomów. Zacznijmy od zalet – mamy tu cztery kolorowe strony, wyglądające po prostu bajecznie. Logo jest bardzo estetyczne, okładka również wygląda sto razy lepiej w realu niż na zdjęciach, a tył obwoluty (matowej) jest w bardzo ładnym, wiśniowym kolorze. Teraz wady. Maria Antonina, po przyjechaniu do Polski, dostała łupieżu. Zresztą nie tylko ona – oprócz niej wszyscy inni bohaterowie i bohaterki, a nawet ściany, podłogi i krzesła. Nic nie pomogło, nawet specjalny szampon z tej reklamy z Lewandowskim. Jeśli się ktoś jeszcze nie domyślił – czernie mają białe plamki, co trochę psuje odbiór. I to bardzo dużo białych plamek, bo niestety rzadko zdarzają się czernie bez nich. Wygląda to po prostu brzydko i mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Tłumaczenie jest bardzo dobre, żywe i naturalne, a na końcu mamy krótką notkę od tłumacza. Trochę się bałem, bo w takiej „Grze w Króla” również tłumaczonej przez pana Żmijewskiego, nie wszystko brzmiało naturalnie i występowało tam zbyt dużo przekleństw. Za wszystko to musimy zapłacić jednak aż 60 złotych.
„Róża Wersalu” jest mangą po prostu świetną. Jeśli chcecie przeczytać pełną emocji, napięcia i dramatyzmu, ale też niezwykle mądrą i ciekawą historię, zapraszam. I jeszcze jedna, przyjacielska rada. Przed lekturą załóżcie okulary przeciwsłoneczne, bo Wasze gałki oczne mogą nie wytrzymać ilości kwiatuszków. A jeśli tego nie zrobicie, to żeby później nie było na mnie.

Autor: Riyoko Ikeda
Gatunek: shojo, historyczne, romans
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Shueisha (tak mi się wydaje, aczkolwiek nigdzie nie mogę tego znaleźć)

Ocena główna: 9,5/10
Fabuła: 10/10
Bohaterowie: 9/10
Grafika: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz