czwartek, 12 maja 2016

Blame! #1



Każdy, kto mnie zna, wie, jaką miłością darzę mangi z gatunku (a ściślej mówiąc, kierowanych do widowni) seinen. Poważniejsza fabuła, (bardziej) realistyczne  wydarzenia, nieraz przytłaczający klimat czy polityka/elementy polityki – to wszystko sprawia, że bardziej wymagający czytelnicy mogą poczuć się jak w niebie. Tymczasem zaczynam właśnie recenzję jednego z najsłynniejszych seinenów w historii mangi – „Blame!” Tsutomu Niheia. Co o nim sądzę, możecie przeczytać parę linijek – a może i kondygnacji – niżej.
Killy, mężczyzna tak niski, że niektórzy mylą go z dzieckiem, uzbrojony w najpotężniejszą broń w dziejach – to on przemierza świat, aby znaleźć gen terminala sieciowego. Świat brudny, zniszczony, przepełniony złem. Podczas swojej wędrówki musi  je pokonywać, a przy okazji poznaje innych ludzi oraz inne potwory. Bo Killy, jeśli chodzi o ciało jest człowiekiem, ale, jak to w bajkach bywa, pozory mylą.
Fabuła „Blame!” składa się z rozdziałów, które łączy jedynie postać głównego bohatera – niewiele im brakuje do pojedynczych, niezależnych od siebie historyjek. Komiks jest tworem, który nie przypadnie do gustu każdemu – jest tutaj dużo walk bez ładu i składu oraz przeogromna ilość niedomówień, które nie wynikają bynajmniej z lenistwa autora. Całość ocieka cyberpunkowym, mrocznym klimatem a przerażające monstra tylko dopełniają tego obrazu. Aby zrozumieć wszystko, należy się niezwykle skupić – sam jedną stronę czytałem około dwudziestu razy i ciągle średnio ją rozumiem. Może się zdarzyć, że po  początkowym  zachwycie  czytelnikowi zacznie doskwierać nuda. Ale pod tymi wszystkimi niedomówieniami, walkami i zawiłą fabułą skrywa się najwspanialszy element tej mangi.
O ile niedomówienia w samej warstwie fabularnej mogą denerwować, to  autor zrobił coś ciekawego – w żaden sposób nie sugerował czytelnikowi właściwej interpretacji komiksu, sprawiając, że każdy może ją rozumieć na swój sposób. Czytałem gdzieś, że według kogoś droga Killy’ego jest drogą, którą musi w życiu przejść każdy człowiek, pokonując przeciwności losu przedstawione w mandze jako liczne potwory i kreatury. Moja interpretacja jest jednak bardziej dosłowna. Uważam, że Nihei chciał tu przedstawić upadek człowieka przyszłości. Powróćmy do samego Killy’ego – jak na ironię potrafi posługiwać się najrozmaitszą technologią, używać najlepszej broni, ale brak u niego ludzkich uczuć, miłości, empatii, wykazuje zanik człowieczeństwa. Kwalifikuje się tak naprawdę jako jeden z potworów, z którymi walczy. Jest tak niski, bo symbolizuje upadek człowieka, jego niewielki wzrost, ma sugerować , że człowiek w przyszłości nie będzie już najważniejszą istotą. Właśnie stąd wzięły się kadry, w których otoczenie mimowolnie bardziej skupia uwagę czytelnika niż główny bohater. Uniwersum próbuje go jakby wyrzucić z siebie, podkreślić jego niską wagę. To nie jedyne z głębokich refleksji i rozważań, ukrytych pod pozornie chaotyczną fabułą.
Wspomniałem już o uniwersum, to teraz przydałoby się dodać o nim dwa słowa, bo jest o czym pisać. Świat w „Blame!” jest bezlitosny i przepełniony złem. Składa się z tysięcy kondygnacji, o których nie wiemy nic i odkrywamy je razem z głównym bohaterem. Ma w sobie coś, co sprawia, że chce się o nim wiedzieć co raz więcej, poznawać wszystkie zakamarki, znać wszystkie monstra. Polityka i tego typu elementy są ledwo poruszane i już na samym początku utknęły w worku z napisem „niedomówienia”. Może chodzi tu o to, że uniwersum to ma być tak chaotyczne jak sama fabuła, aby podkreślić brak porządku w świecie przedstawionym?
Klimat przypomina ten  z horrorów w połączeniu z SF. Mamy tu mrok w postaci potworów i zła wypełzającego z każdej czeluści. Choć , jak to w horrorach bywa, powinniśmy się bać o głównego bohatera, jednak tutaj pozostaje on czytelnikowi obojętny. Mało mnie obchodzi, czy jakiś potwór go w końcu zabije czy nie – i taki był właśnie cel autora, aby podkreślić to, że w Killy’im jest mało z człowieka jeśli chodzi o samą psychikę, o czym rozpisałem się dwa akapity (lub dwie kondygnacje) wyżej.  
Tak naprawdę można by o nim pisać i pisać – to postać niezwykle rozbudowana i wielowarstwowa. Ciężko go polubić, ale w pewnym momencie następuje w nim coś ciekawego – pokazuje w sobie odrobinę człowieczeństwa i litości. Chwila nie trwa długo i od razu po niej Killy znów staje się zimny i brutalny. Jest osobą małomówną, spokojną i zdecydowaną, ale w jego zachowaniu widać przebłyski uczuć, tego, co u niego zanikło. Nihei ciągle daje nam nadzieję, ale przewiduję, że ostatecznie w Killy’im nic się nie zmieni do końca mangi – przeczyłoby to tej niepowtarzalnej, pesymistycznej wizji świata pojawiającej się w komiksie.
Reszta postaci, pomijając bestie, prezentują naprawdę ciekawą gamę (nieraz ledwo widocznych) charakterów. Jednak nie wszystkie z nich to  stworzenia złe, a jeśli uda im się nie zginąć, możemy obserwować ich dalsze poczynania. Naprawdę zazdroszczę autorowi takich pomysłów na bohaterów.
O grafice również należy napisać kilka słów. Generalnie tła, architektura i otoczenie prezentują się bajecznie. Nihei był w przeszłości architektem i to widać. Miliony maleńkich szczegółów, bezbłędne perspektywy i cieniowanie… Nieraz wydaje się, że jest tutaj trochę zbyt pusto – to celowy zabieg, bo zniszczony świat w dalekiej przyszłości nie może być pełen kropeczek, kwiatuszków i czegokolwiek, aby zatuszować pustkę w wielu miejscach, jak robiła to np. Riyoko Ikeda. Czasami autor gdzieniegdzie robi chaotyczne maźnięcia pisakiem, co daje niesamowity efekt i wygląda – wbrew pozorom – bardzo estetycznie. Generalnie piękna tego wszystkiego nie da się opisać, trzeba to po prostu zobaczyć. W mandze, w której prawie wszystko jest przekazywane za pomocą rysunku, ładna kreska to naprawdę duża zaleta. Bo dialogów w „Blame!” jest niezwykle mało, a wszystkie te artystyczne, nieraz surrealistyczne obrazy to po prostu dzieła sztuki.
Gorzej rzecz się ma z postaciami. Czasem w anatomii i mimice są jakieś zgrzyty, a z postaciami ludzkimi wyższymi od Killy’iego autor ma pewien problem. Czasami gdzieś siedzi jakiś zbłąkany cień, jednak widać, że to nie ostatnie słowo Niheia i będzie nad tym pracował. Poza paroma dziwacznymi wygięciami i wspomnianymi wyżej błędami to wszystko nie wygląda jednak źle, ba! jest bardzo dobrze, twarze są naturalne i mają swoje rysy, a ciężkie do narysowania elementy ciała przedstawiane są w mistrzowski sposób. Kadrowanie jest dość nietypowe, bo autor woli podkreślać otoczenie i przeznaczać na nie więcej miejsca niż na postaci, co uzasadnia interpretacją mangi, a nawet gdyby tego nie zrobił, mi zdecydowanie by to nie przeszkadzało.
Na temat polskiego wydania pisano już dużo, ale ja również dodam swoje trzy grosze. Manga wydana została w formacie B5 (czyli ogromnym – ma wysokość ciut większą niż dwie szerokości mang Studia JG położonych koło siebie, a szerokość ciut mniejszą niż wysokość Jednotomówki Waneko). Dzięki temu rysunki Niheia możemy oglądać w wielkim powiększeniu, a aby jeszcze bardziej doluksusić (nowe słowo :D) wydanie JPF wydał tę mangę na dwa sposoby – w twardej oprawie i w obwolucie. Ja wziąłem to pierwsze i pomijając nieludzką cenę (jak dwie książki) jestem zadowolony. Manga, co cieszy, jest zszyta a nie sklejona i druk nie sprawia żadnych niespodzianek, może poza drobnym rozlaniem się tuszu na jednej stronie, a czernie są czarne. Mangę tę tłumaczył Paweł Dybała – i w tej kwestii już chyba wszystko jasne. Mamy tu sześć kolorowych stron, a preorderowcy otrzymali również parę dodatków.
Manga mnie zachwyciła, w dużym skrócie. Spodziewałem się po prostu dobrego seinena SF a dostałem niebanalną, mroczną historię. Nie polecę tej mangi każdemu, ponieważ jest to twór niezwykle specyficzny. Mimo to, jeśli chcecie, również możecie wyruszyć w podróż pełną zła (gorszego od „Gry w Króla”, serio!), mroku i niebezpieczeństw… a przy tym wizualnie olśniewającą!

Autor: Tsutomu Nihei
Gatunek: seinen,SF, horror
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 9/10
Fabuła: 8/10
Bohaterowie: 9/10
Grafika: 9/10


2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Eh, to wydanie naprawdę kusi (chociaż cena już niekoniecznie), historia też zapowiada się ciekawie. Mimo to na razie zrezygnuję z "Blame!", chcę najpierw dozbierać parę innych tytułów, a potem się pomyśli. ;)

    OdpowiedzUsuń