poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Monster #1


Był sobie raz mały potwór. Potwór zaczął rosnąć i przestał być takim małym brzdącem, ba! zamienił się w osiemnastotomową bestię. Jednak ciągle było mu mało. Dostał anime, mające 74 odcinki, ale myślicie, że potworka to zadowoliło? A gdzie tam. Teraz, to niewychowane i chciwe monstrum chce jeszcze serial aktorski. Widział ktoś takie rzeczy? Szukamy rodziców, co go wychowali na takiego potwora! Znalazł się jeden – Naoki Urasawa. I wszystko jasne…
Tym wstępem przechodzę do właściwej recenzji mangi. „Pluto”, komiks tego samego autora, zachwycił mnie, oczarował i wciągnął. „Monster” to jakby symbol Urasawy, pierwsza rzecz, która przychodzi na myśl, gdy się o nim wspomni. Ale czy na pewno ta manga zasługuje na aż taką popularność?
Tenma jest doskonałym chirurgiem, któremu wiedzie się bardzo dobrze. Dzięki niemu szpital, w którym pracuje osiągnął miano prestiżowego. Jednak pewnego dnia ratuje sławnego śpiewaka operowego zamiast tureckiego robotnika, który do szpitala przybył wcześniej. Nie może się pogodzić ze śmiercią mężczyzny, którą mógł przecież powstrzymać. Więc kiedy podczas operacji najzwyklejszego chłopca, otrzymuje polecenie do operowania osoby o wiele wyżej postawionej od niego, ten ignoruje rozkaz, równocześnie narażając swoją karierę i uznanie. A ten pozornie błahy czyn ciągnie za sobą mnóstwo innych wydarzeń…
Przez około pół tomu autor bawi się z czytelnikiem. Tworzy dziwny, niepokojący nastrój, coś w stylu ciszy przed burzą. Pozwala mu wiedzieć więcej, niż wiedzą bohaterowie, umiejętnie budzi w nim różne uczucia. Ten klimacik jest tak nieznośny, że w mangę się po prostu wsiąka, aby tylko wiedzieć, co będzie dalej. Od mniej więcej połowy akcja rusza z kopyta, a dziwny klimat już nie jest potrzebny do wciągnięcia czytelnika w całość. Stoi za tym głównie wielowątkowa, intrygująca fabuła. Urasawa mistrzowsko łączy wątki i wydarzenia, stosuje masę ryzykownych zabiegów fabularnych, a całości nie pozbawia logiki, jak to bywa w gorszych kryminałach. Ba, realizm jest jedną z charakterystycznych cech „Monstera” – gdyby Tenma był postacią prawdziwą, byłbym w stanie bez problemu uwierzyć, że te wszystkie wydarzenia działy się naprawdę. Pierwszy tom tej niesamowitej historii jest dopiero wstępem do jakże rozbudowanej całości. Przyznam, że po przeczytaniu myślałem, że szlag mnie trafi, bo nie mogę przez najbliższy czas dowiedzieć się, co działo się dalej. Jeśli pan Urasawa chce, żebym po kadrach z dyrektorem szpitala dostawał odruchu zwrotnego, to tak się dzieje. Jeśli pan Urasawa chce, żebym współczuł niewinnemu Tenmie, również tak się dzieje. W „Monsterze” można utożsamić się z bohaterami, czuć dokładnie to, co oni. Pierwszy tom podniósł poprzeczkę tak wysoko, że nie wiem, jakim cudem kolejne utrzymają ten poziom. Aż w końcu obniżyłem wzrok i zobaczyłem nazwisko autora. Ach, to już wiem, jakim cudem.
Tenma jest troszkę denerwujący. Na początku łatwo nim manipulować, zbyt łatwo ustępuje. Potem czytelnik nabiera do niego coraz większej sympatii, bo widać, że chce dobrze. Najlepiej może to podkreślić scena, w której ludzie, którym pomógł (a jest ich sporo), otaczają go i chronią go przed pewną postacią. Staje się bardziej zdecydowany, jest gotowy wykonać… a nie, to przecież spoiler. Poza tym jest bardzo realistyczny, ma swoje wady i zalety, co najbardziej podkreśla projekt postaci. Zwyczajny facet, jakiego można zobaczyć na ulicy. I Urasawa specjalnie go nie przebajerzył, co dałoby raczej żenujący efekt. Gratuluję wyczucia.
Paru bohaterów wzbudzało we mnie najgorsze emocje. Mówię tu o dyrektorze szpitala, pozbawionym pokory, wrednym i żerującym na Tenmie. Jest jeszcze narzeczona lekarza, Eva. Gdyby nie to, że manga jest zbyt dobra, aby ją zniszczyć, najlepiej wydarłbym strony, na których się pojawia. Widząc trudną sytuację Tenmy nie tylko go nie wspiera, ale dobija. I mam nadzieję, że będzie jej jak najmniej w kolejnych tomach. Ale Eva i dyrektor to nic w porównaniu z pewnym policjantem. Nie wiem, co w nim jest takiego wkurzającego, ale normalnie zatłukłbym gołymi rękoma. On i ten jego uśmieszek, ughh… Takie uczucia wzbudzała we mnie tylko mama Kayo w „Boku dake ga Inai Machi” (tak na marginesie rewelacyjne anime, polecam).
Reszta postaci jest po prostu bardzo realistyczna. Należałoby wspomnieć jeszcze o głównym złym – Johanie. On o dziwo nie wkurza aż tak bardzo, ale jest po prostu intrygujący. Mam nadzieję, że jego profil psychologiczny rozwinie się w kolejnych tomach.
Urasawa miał tu mniejsze pole do popisu niż w „Pluto” i to widać – ogólnie manga wygląda bardzo estetycznie, ale nie ma tu rewelacji graficznych czy jakichś przepięknych rysunków. Momentami Tenma wygląda głupkowato, ale dobrze, koniec czepiania się. Rysunek w „Monsterze” często buduje napięcie, a takie rzeczy jak rastry, dynamizm czy tła autor ma w małym palcu. Po raz kolejny pogratulować.
Manga ta nie ma wyraźnej puenty dotyczącej całości. Poszczególne wydarzenia jak najbardziej można interpretować na różne sposoby, ale całokształt to po prostu bardzo dobry kryminał. Należy jeszcze wspomnieć o tym, że uniwersum komiksu nie jest sprawiedliwe – niewinne postacie często giną, a walka Tenmy z Johanem jest co najmniej nierówna.
Polskie wydanie jest niezłe. Mamy tu dość dużo jak na mangowe standardy kolorowych stron (co prawda niezbyt ładnych, ale zawsze coś), dobry druk i wyczyszczenie wszystkich krzaczków. Hanami połączyło dwa oryginalne tomy w jeden, co równocześnie podniosło cenę – poszczególny tom kosztuje aż 65 złotych. W mandze nie ma erotyki ani tym podobnych rzeczy, ale trzeba uczciwe przyznać, że trochę krwi tu jednak jest – chociaż mam wrażenie, że ograniczenie „komiks dla dorosłych” można by zredukować to 16+. W tłumaczeniu jest parę zgrzytów, błędów interpunkcyjnych i literówek, ale czyta się w miarę płynnie. Tylko ta paskudna okładka – kto wpadł na to, żeby mieszać komiksowy rysunek z tymi realistycznymi, wyglądającymi na wyjęte z muzeum, ramkami. Sam format jest ciut większy niż A5.
Śmiało polecam – „Monster” to jeden z najlepszych tworów komiksowych, z którymi miałem okazję się zetknąć. I za ten nieznośny początek jednak nie mogę dać dychy, ale miłośnicy mang dojrzałych, intrygujących i pełnych napięcia nie powinni być zawiedzeni. I nie tylko ja tak sądzę – zobaczcie sobie recenzję tego dzieła na Tanuki, kanale Bukiego, Modzie na Mangę…


Autor: Naoki Urasawa
Gatunek: seinen, kryminał, thriller
Wydawnictwo polskie: Hanami
Wydawnictwo japońskie: Shogakukan

Ocena główna: 9,5/10
Fabuła: 10/10
Bohaterowie: 9/10
Grafika: 8/10
(po namyśle usuwam ocenę za pomysł w przypadku moich recenzji).

2 komentarze:

  1. Wstęp mnie rozwalił :D Szczerze, to nigdy nie rozumiałam o co chodzi z 'pomysłem'. Ps Tak jak obiecałam, komentuję chcąc następnego posta C:

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń