sobota, 16 kwietnia 2016

Mój drogi Bracie...

Takarazuka jest japońskim teatrem, w którym występują kobiety. Słynie z przepychu i ogromnej ilości barw. Z mangą „Mój drogi Bracie…” łączą go dwie rzeczy. Pierwsza – stworzenie przez Takarazukę spektaklu na podstawie „Róży Wersalu”, innej mangi Riyoko Ikedy. Druga – zaraz przeczytacie…
Nanako Misonoo dostaje się do prestiżowego liceum żeńskiego – Seiran. Istnieje w nim organizacja Sorority, zrzeszająca najlepsze uczennice. Dziewczynę jednak na razie to nie obchodzi – stowarzyszenie stowarzyszeniem, ale są ciekawsze rzeczy. I jak na ironię staje się jego członkinią. To mógłby być koniec opowieści, ale nie ma tak dobrze. Nanako zaczyna otaczać zazdrość innych uczennic, a ta nie wie, co ze sobą zrobić…
Powróćmy do  pytania z pierwszego akapitu – co łączy tę  mangę z Takarazuką? Zdecydowanie ustylizowanie jej  na coś w rodzaju teatru. Na niektórych kadrach możemy dostrzec jakby „dekoracje”, czyli szojkowe kwiatuszki, układające się w ciekawy sposób rastry i gwiazdki. Do tego wszystkiego dochodzą teatralne pozy, poetyckie wypowiedzi bohaterów i duuużo dramatu. Ikedzie udało się stworzyć wręcz magiczną… nie, nie otoczkę, wręcz magiczną całość. Sama pokazuje rozmowy bohaterek o Takarazuce, co ma chyba oznaczać, że się nią inspirowała. Wyszło świetnie.
A jak się ma sama fabuła? Bohaterki uczęszczające do Seiran mają swoje problemy, swoje życie. I nie mówię tu o rzeczach w stylu „chłopak x powiedział, że mu się podobam, a ja kocham chłopaka y, i co ja mam teraz zrobić?!”. Samobójstwa, miłość homoseksualna, samotność… Problemy tak odległe a równocześnie tak bliskie, z którymi można spotkać się na co dzień. Ikeda posiada pewne wyczucie – nie zrobiła z tej mangi kolejnego odcinka „Rozmów w toku”, problemy bohaterek przedstawiła w subtelny sposób, z odpowiednią dozą dramatyzmu, ale i realizmu. Dla przykładu, przedstawiła ona chorobę, z której można się nabijać i jest ona wszechobecna w gimbusiarskim humorze, jako coś niezwykle poważnego i strasznego. Zakończenie z kolei jest bardzo realistyczne. Ale spokojnie, „Mój drogi Bracie…” to nie ponury dramat, w którym na każdej stronie ktoś umiera lub ryczy. Są tu też elementy czysto komediowe, jak np. pierwsze dwie strony. Czasami też, na drugim planie, migają gagi i zabawne sytuacje.
Zarzucano tej mandze, że ilość łez aż wylewa się ze stron, nawet mimo dużego formatu komiksu. Prawda, Nanako jest jedną z tych dziewczyn, które płaczą dużo. Ale całe to przesadzenie jest w pełni celowe, służy  pokazaniu uczuć i pogłębieniu kreacji bohaterki, nadaniu całości niepowtarzalnego „teatralnego” charakteru, a poza tym, nie oszukujmy się, jest to jedna z tych mang, w których jest z czego płakać. A skoro już o Nanako mowa…
…to jest ona wykreowana świetnie. Już słyszę to  głośne „good joke, bro!”, ale nie, to, co teraz piszę to nie ironia. Podczas trwania mangi z zewnątrz wygląda tak samo, ale w środku zmienia się nie do poznania. Pod koniec to już nie ta sama wielkooka panna, którą poznaliśmy na początku. Nie daje jednak tego po sobie poznać. Z dziewczynki bez charakteru, płaczącej w każdym momencie staje się dojrzałą i inteligentną kobietą, a przy tym bystrą obserwatorką. Chociaż ciągle ryczy wtedy, kiedy trzeba i nie trzeba, o czym może świadczyć zdanie na ostatniej stronie, czyli „przepłakałam dwie noce”. Ale w końcu nikt jej nie zabroni.
Nie opiszę charakteru każdej z postaci, bo tak naprawdę ich właściwe cechy poznajemy dopiero pod koniec tego tomiszcza. Ale Ikedzie bohaterki udały się niezwykle – tak udane postaci znalazłem dotąd tylko w FMA i „Pluto”. Każda ma swoją własną osobowość, nie tyle, co zarysowaną, ale genialnie wykreowaną. Ich wspomniane już problemy przedstawione są niezwykle subtelnie. Zresztą samym bohaterkom daleko do  schematów znanych z innych mang shojo. Chociaż mogą wydawać się na początku niezbyt inteligentne, to tylko pozory – tak naprawdę większość z nich to doświadczone przez życie kobiety. I nie robią ciągle dramy (jak duuużo dziewczyn w internetach) „och, życie mnie nienawidzi, idę się zabić, nikt mnie nie lubi, jest mi źle i niedobrze”. Jak już pisałem, ich prawdziwe oblicza poznajemy dopiero pod koniec, co już o czymś świadczy.
Kwiatuszki, gwiazdki, kwiatuszki, kropeczki, paseczki i kwiatuszki – tak można jednym słowem opisać kreskę Ikedy. Ale pisałem już, stylizacja na teatr. Poza tym rysunek w tym komiksie charakteryzują mocno uwydatnione ostre nosy, duże, szkliste oczy i objęte usta postaci. Czasami nie można rozróżnić bohaterek, bo są do siebie zbyt podobne. Ale uwaga, rysunek w tej mandze nie jest zły, w żadnym wypadku. Często bogata mimika mówi więcej niż najdłuższy monolog. Mnóstwo niezwykłych zabiegów jeśli chodzi o ilustracje daje niesamowite wrażenie – mówię tu o otaczaniu postaci w dramatycznych chwilach czarnym tłem, co służy skupieniu uwagi czytelnika na konkretnym punkcie tudzież bohaterze, a białe plamy na drugim planie nie są bynajmniej po to, aby pokazać jak Ikeda supi rysuje. Dużo tego typu eksperymentów ma swoje uzasadnienie w fabule. Nie można oprzeć się też wrażeniu, że autorka ciut przesadziła jeśli chodzi o „scenografie”. Kwiatków jest tu ZBYT dużo, co sprawia, że od czytania momentami bolą oczy.
Wiem, jakie to super śmieszne, że dopiero po przeczytaniu dowiedziałem się, że komiks to shojo-ai. To znaczy  obiło mi się o uszy, że w anime były jakieś odważne sceny, ale zignorowałem to i widocznie wymazałem z pamięci. Na szczęście w „Mój drogi Bracie…” nie ma jakiś specjalnych przytulanek i całusków, wątek GL jest subtelnie poprowadzony i mało istotny w fabule. I bardzo dobrze, bo tego typu rzeczy zepsuły już niejedną serię.
Świetne czernie, miła w dotyku obwoluta, ponad 450 stron i rewelacyjne tłumaczenie Pawła Dybały – tym charakteryzuje się polskie wydanie. Łączy ono dwa oryginalne tomy w jeden i jest niestety dość drogie, bo kosztuje aż 54 złotych. Wszystkie onomatopeje zostały wyczyszczone, a pod koniec dostajemy artykuł o Ikedzie – niezły, aczkolwiek z dużą ilością błędów ortograficznych tudzież stylistycznych.
Popełniam właśnie zbrodnię – daję tej mandze dychę. A miałem tę ocenę zarezerwować tylko dla FMA… Nie wyszło, ale muszę być obiektywny. „Mój drogi Bracie…” to komiks tak dobry, że inna ocena wydawałaby się po prostu niesprawiedliwa. 

Autor: Riyoko Ikeda
Gatunek: shojo, obyczajowe, shojo-ai
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Shueisha

Ocena główna: 10/10
Fabuła: 8/10
Bohaterowie: 10/10
Grafika: 7/10
Pomysł: 6/10

3 komentarze:

  1. Nie ma co kryć, cena trochę odstrasza, jednak czytałam już o niej tyle dobrego, że chciałabym ją w końcu mieć. Jestem bardzo ciekawa tej historii.
    U mnie z początku też najwyższą ocenę miało jedynie FMA. c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, FMA rządzi. Chociaż właśnie Mój drogi bracie... i Pluto próbują Fullmetala zrzucić z 1 miejsca w moim prywatnym rankingu, ale im się nie uda, hehe.
      Za te 5 dych dostaje się 460 stron, świetny druk i tłumaczenie oraz ciekawy artykuł, więc myślę, że warto ;)

      Usuń
  2. Też lubię ten komiks Japoński.

    OdpowiedzUsuń