czwartek, 3 marca 2016

Fullmetal Alchemist #1



Hej!
Dość długo mnie nie było, no cóż, grypa zepsuła mi ferie, ale powracam i aby wynagrodzić Wam oczekiwanie na recenzję dziś opiszę pierwszy tom mangi… „Fullmetal Alchemist”, którą przy każdej możliwej okazji chwalę. Czym wyróżnia się ona na tle innych shonenów? Już tłumaczę.
Alchemia jest nauką, która pozwala na wiele. Można dzięki niej zamieniać materię w coś innego o tej samej wartości. Jej najważniejszą zasadą jest „równowarta wymiana”, polegająca na zamianie tylko w rzeczy warte tyle samo. Jej nauka jest wymagająca, ale dająca niezwykłe możliwości. Ponieważ w świecie „Fullmetala” Alchemia rozwinęła się na tyle, że zrezygnowano tu ze znanych nam maszyn i elektryczności, uniwersum FMA można nazwać alternatywnym i powiewającym steampunkiem. W tym słodkim świecie żyją dwaj bracia: Alphonse i Edward Elric.
Ich celem jest znalezienie kamienia filozoficznego, który pomoże przywrócić im ich dawne ciała. U Ala chodzi o wszystko, od stóp do głowy, a Edowi brakuje jedynie ręki i nogi. Czemu? Ponieważ są to dwaj alchemicy, którzy naruszyli zasadę tej sztuki i próbowali wskrzesić człowieka - swoją matkę. Jednak przekonali się na własnej skórze o tym, że tak nie można. Po tym wydarzeniu Ed nauczył się transmutować bez tworzenia kręgu, co sprawiło, że stał się najmłodszym państwowym alchemikiem. O tym jest właśnie „Fullmetal Alchemist”, genialna manga Hiromu Arakawy.
Czemu genialna? Bo w połączeniu ze spektakularnymi bitwami są tu przekazywane ważne treści. Widać, że najpierw był pomysł i dopiero później został on przekształcony w komiks. Arakawa pokazuje, że człowiek nie może za pomocą nauki stworzyć drugiego człowieka, wyraźnie nakreśla granicę między cielesnością, umysłem a duszą i momentami „Fullmetala…” zamienia w ważny materiał do przemyśleń. Jednak w większości głównie sugeruje i naprowadza czytelnika na jego własne spostrzeżenia, a nie przekazuje swoje poglądy. Poza tym w FMA ściera się komedia, shonen, dramat i elementy fantasy, których pełen jest alternatywny świat. Między tymi czynnikami panuje idealne wyważenie, tak, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Pierwszy tom przybrał raczej formę paru historii, które łączą jedynie główni bohaterowie – dramatyczne, mroczne i świetne fabularnie dwa pierwsze rozdziały, rozwijający profile głównych bohaterów i pokazujący ich w obliczu trudnej decyzji trzeci, i czysto shonenowy, będący raczej odskocznią czwarty. W kolejnych tomach mamy już ścisłość fabularną, następujące po sobie wydarzenia, podczas gdy tutaj raczej postawiono na wstęp do głównej osi zdarzeń. Ale w FMA nawet wstęp jest genialny, wielowątkowy, praktycznie bezbłędny. Wydarzenia prowadzone są sprawnie a przemyślenia bohaterów zręcznie wplecione do całości. Problemem dla niektórych może okazać się przedstawienie religii, momentami zbyt... mogące urazić wierzących, że tak powiem. Kto czytał, ten wie o czym mówię. W każdym razie religia mimo to pozostaje ważnym elementem serii, punktem zaczepnym dla niektórych wydarzeń, więc to powinno zrekompensować anty-smaczki związane z jej przedstawieniem. Słynny i zarazem jeden z moich ulubionych mangowych cytatów, „- W co ja teraz mam wierzyć?! – Wstań, idź przed siebie. Masz przecież piękne, zdrowe nogi!” na pewno pozostanie w Waszej pamięci, szczególnie po przeczytaniu całego rozdziału i poznaniu postaci, której jest autorstwa.
Skoro już mowa o postaciach, to jak one się prezentują? Też świetnie. Ed jest wielowymiarowym, nietypowym bohaterem. Nie można mu zarzucić, jak niektórym protagonistom shonenów, braku wad. Przecież to właśnie on złamał najważniejsze alchemiczne tabu! Dobrze o tym wie i próbuje to odpokutować, dlatego jest tak zdeterminowany. Momentami gorzki, sarkastyczny, nie chełpi się tym ile przeżył na prawo i lewo. Ma tylko pewien, służący wątkom humorystycznym, kompleks związany ze wzrostem… Logicznie ocenia sytuacje, nie wkurza, a kiedy widzi, że przeciwnik udaje głuchego jak ściana, kiedy on coś mu tłumaczy, to nie cacka się z nim tylko używa siły.
Al, nie wiem czemu bardziej lubiany w fandomie niż Edward. Jest małomówny, cichy i nieśmiały. A, i jego dusza chodzi w wielkiej, pustej zbroi, do której uwielbia wpuszczać kotki. Również inteligentny, kochający brata nad życie. To on podczas transmutacji ciała matki odkrył, że (cytuję) „coś jest nie tak!”. Momentami jednak zbyt naiwny i podatny na zło. W sumie to jeszcze dziecko, można mu wybaczyć.
Na drugim planie jest równie dobrze. W tym tomie poznajemy na przykład Rose, młodą dziewczynę, która posiada bardzo rozbudowaną i tragiczną osobowość. Często to właśnie drugoplanowi bohaterowie stanowią oś fabuły danego rozdziału czy tomu i zawsze są bardzo dobrze wykreowani. Zaryzykuję tezę, że postacie w FMA są jednymi z najlepszych, które wystąpiły w wydanych w Polsce mangach.
Kreskę Hiromu Arakawy opisywałem już w recenzji Silver Spoon. Jednak tu pojawiają się jeszcze walki, wyglądające dynamicznie, przejrzyście i po prostu ładnie. Postacie mają dość rozbudowaną mimikę, wkurzają tylko momentami mangowe oczka jak u drogiej Haczune Miku, czyli po prostu wielkie. Rysunek alchemii też jest satysfakcjonujący, zadbano o proporcje postaci, żarty rysunkowe również się pojawiają. Tła, głównie budynki też przypadły mi do gustu. Przy wspominanym już wyżej „W co ja teraz mam wierzyć?!” tło zastępuje biel, taki zabieg również jest potrzebny dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji i łez w oczach bohaterki.
Polskie wydanie prezentuje się nieźle. Dostajemy trochę mniejszy niż zawsze, shonenowo-JPFowy format, ale co ciekawe wszystkie onomatopeje zostały dokładnie wyczyszczone. To ciekawe, bo manga została wydana u nas w 2006 roku. Tłumaczenie Pawła Dybały jest świetne, barwne i zachowujące wszystkie żarty. Tomik nie ma obwoluty a zwyczajną okładkę.
Mógłbym napisać jeszcze kolejne tysiąc słów a i tak nie potrafiłbym pokazać jak ta manga mi się podoba. Musicie zdawać sobie sprawę, że kupując ją na Mangardenie, Yattcie czy gdziekolwiek indziej, zamawiacie po prostu arcydzieło. Może tu, w tej recenzji nie opisałem całej jej magii, nie ująłem jak jest klimatyczna, momentami zahaczająca o artyzm. Nie opisałem mnogości interpretacji z dokładnym omówieniem każdej z nich. Ale mam po prostu nadzieję, że sami to odkryjecie. Że sami weźmiecie ją do ręki, przeczytacie, dostrzeżecie to piękno. Znam ludzi, których aż tak bardzo nie urzekła jak mnie. Nie ma historii, która spodobałaby się wszystkim, ale w recenzji opisuję moje własne zdanie, dlatego chyba możecie domyślić się, jaką ocenę jej wystawiam.
Autor: Hiromu Arakawa
Gatunek: fantasy, shonen, dramat, komedia, horror
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Square Enix

Ocena główna: 10/10
Fabuła: 10/10
Bohaterowie: 10/10
Grafika: 7/10
Pomysł: 9/10

5 komentarzy:

  1. Czasami czytając Twoje recenzje myślę sobie "Idę się zabić, jestem do dupy" ;-; One są po prostu zbyt dobre. Weź się wstydź czy coś xD
    Wszystko perfekcyjnie ująłeś. Nie mam nic do dodania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie ^^ Mam nadzieję, że zachęci Cię ona do sięgnięcia bo mangę lub anime, chyba, że już to zrobiłaś

      Usuń
  2. Współczuję grypy w ferie. :"D
    Wszyscy zachwalają Fullmetala, a aż wstyd się przyznać, ale ani nigdy nie oglądałam ani nie czytałam. Ta recenzja jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że czas to zmienić. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nah, gdybym mógł, zakazałbym grypie przychodzić do mnie w ferie. Co ja jej takiego zrobiłem ;-;?
      Zaraz zaraz, słuuucham? Nie czytałaś? *idzie po siekierę*. xD
      A tak na serio to nadrób zaległości, warto ;)

      Usuń
  3. Aaach, moja pierwsza mangowa miłość... <3
    W sumie już jakiś czas temu faza mi przeszła, ale zachwyt nad dopracowaniem świata, fabuły, postaci i całej reszty pozostał. No i oczywiście wielki szacun dla pani Arakawy za to wszystko.
    Na razie mam tylko dwa dość losowe tomy (a w zasadzie jeden losowy i piętnasty, który jest jak dla mnie absolutnym mistrzostwem i musiałam go wziąć na pierwszy ogień), ale kiedyś na sto procent muszę mieć całą serię na półce, paczać, myziać po grzbietach i się cieszyć :D

    OdpowiedzUsuń