czwartek, 24 marca 2016

Było ich jedenaścioro



Oto manga, która powstała ponad czterdzieści lat temu, opowiada o przyszłości, jej główny bohater jest obojnakiem, a autorka profesjonalną rysowniczką komiksów o gejach. Że to się nie może udać? Haha, wręcz przeciwnie.
Do Akademii Kosmicznej piekielnie trudno się dostać. Po przejściu wszystkich teoretycznych egzaminów nadchodzi czas na ten najtrudniejszy, praktyczny. Dziesięciu młodych kadetów musi przeżyć 53 dni na statku kosmicznym „Biały”. Zadanie to samo w sobie nie jest łatwe, jednak robi się jeszcze gorzej, gdy okazuje się, że jest ich jedenastu, a nie dziesięciu. Tożsamość jedenastego i jego cele zna tylko on sam, a w bohaterach rodzi się wzajemna podejrzliwość…
Druga część komiksu, nieco dłuższa od pierwszej, to po części jej kontynuacja a po części osobna historia. „Było ich jedenaścioro – Horyzont na wschodzie, wieczność na zachodzie” opowiada o małej planecie, Aritosce Le. Jej król, mężczyzna poznany przez czytelników w poprzedniej części, chce jak najlepiej dla państwa. Jednak polityka to polityka. Wokół niego zaczyna kiełkować zdrada, bunt i prawdopodobieństwo straszliwej wojny.
„Było ich jedenaścioro” oraz jego kontynuację, wydane zbiorczo przez JPF, można czytać na wielu płaszczyznach. Jest to space opera – podgatunek science fiction charakteryzujący się elementami baśni i zawiłymi intrygami. Manga ta przywodzi na myśl stare dobre SF. Powstała w 1975 roku, co sprawia, że ma jeszcze ten szczególny,  nieuchwytny klimat właściwy bardziej wiekowym produkcjom. Fabuła może nie należy do najlepszych czy najbardziej odkrywczych, szczególnie w pierwszej części, ale nie o to tu chodzi – niezwykła atmosfera wynagradza wszystko. Oczywiście mamy tu też masę politycznych intryg i trzeba się skupić podczas czytania, aby niczego nie przeoczyć. Czytelnik czuje ogrom wszechświata, różnorodność planet i to, w jak wielkim uniwersum się znajduje. Ale nie jest to produkcja bez wad. Niestety zgadłem, kim jest jedenasty, a zakończenia obu historii, szczególnie pierwszej, nie są najlepsze. Ale w końcu to klasyka SF i ogromny fundament w tym gatunku, wiele dzisiejszych tworów wyewoluowało właśnie od takich produkcji, więc nie można się dziwić, że jest tu jakiś stopień przewidywalności. Sam bardzo lubię, jeśli w filmach czy książkach (tym bardziej w mangach) obecna jest polityka i intrygi, więc druga historia mnie naprawdę wciągnęła, a pierwsza zaintrygowała klimatem, którego w drugiej troszeczkę brakuje. Tyle już nasłodziłem, lecz trzeba przyznać, że manga ta nie została najcieplej przyjęta w naszym kraju. Czemu?
Wspomniałem wyżej, że główny bohater jest obojnakiem. Żyjemy w kraju niezbyt tolerancyjnym, gdzie takie rzeczy jak religia lub – obecnie – uchodźcy są tematem drażliwym, najchętniej poruszanym podczas politycznych debat, po przecież musi być jakiś powód do wzajemnego poniżania się. A tutaj jakieś wydawnictwo JPF wylatuje nam nagle z komiksem, w którym jedna z postaci wierzy w przeznaczenie i jest zielonym ludkiem, a druga obojnakiem, który może wybierać sobie płeć. „Było ich jedenaścioro” jest lekką nauką tolerancji, jednak dla wielu osób wciąż za mało lekką. Moto Hagio, autorka tego  komiksu, próbowała zapewne równocześnie przedstawić wpływ dyskryminacji jednej płci na tożsamość płciową naszego obojnaka, Frola, a przy okazji na tym jednym, nieszczęsnym bohaterze odnieść się do ogółu. Hagio chciała pokazać, że według niej nasza płeć nie zależy tylko od naszego ciała, ale i od duszy i umysłu. Więc jeśli Frol przez całe życie uczył się, że kobiety są gorsze od mężczyzn, to naturalnie będzie wolał być facetem. Według mnie jednak autorka za mało to podkreśliła, tak, że niektórzy pojawienie się tu tej postaci uznają za wątek humorystyczny. „Było ich jedenaścioro”, jak już wspomniałem, można czytać na wielu płaszczyznach. Dlatego jeśli oczekuje się od tej mangi więcej, niż tylko zadowalającej space opery w najlepszym wydaniu, to trzeba albo przeczytać całość parę razy albo naprawdę się skupić. To kolejny powód, dla którego Jedenaścioro nie zdobyło należytej popularności w Polsce. W Japonii nie było tego problemu , tam gender nie jest aż tak drażliwym tematem jak u nas, ba, Japończycy mają zupełnie inne podejście do tego typu spraw, o czym może świadczyć duża ilość odważnych mang yaoi, czy nawet komedii dotyczących... kazirodztwa.
A jak prezentują się sami bohaterowie w mandze? Dwaj główni, czyli Tada i Frol, wykreowani są co najmniej dobrze. Ten pierwszy jest czarnowłosym, spokojnym mężczyzną, obdarzonym niezwykłą intuicją. Nie wkurza, jest inteligentny i przenikliwy. Mimo to posiada jakiś tam stopień poczucia humoru. Frol to choleryk, nieco dyskryminowany przez swoją płeć. Momentami denerwujący, przesadnie szczery i wybuchowy. W przeciwieństwie do Tady logiczne myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną. Czytelnik dowiaduje się o przyczynach tego wgłębiając się w mangę. Często rzuci jakimś żartem, nieraz bywa nietaktowny. Nie zdziwię się, jeśli będzie was trochę denerwował.
Na drugim planie aż wrze. Wspomniany wcześniej pokryty zielonymi łuskami, wiecznie spokojny i opanowany, a przy tym bardzo, ale to bardzo inteligentny Knume; trochę wybuchowy, ale posiadający dystans do świata „czwarty” i wstydliwy, znający się na roślinach Totoni to tylko część wszystkich bohaterów drugoplanowych. Niestety nie wszystkim poświęcono należytą uwagę, ale za to ich projekty graficzne są niezwykle zadowalające. Każdy, nawet ten trzecioplanowy, ma swój charakter. Ich naturalne zachowania również wychodzą na plus.
Na samym początku mangi mamy krótki opis uniwersum, konieczny do jej zrozumienia. Oczywiście, kiedy bohaterowie przylatują na „Białego” i zaczynają się przedstawiać, rozpoczynają się sprzeczki. Większość bohaterów żyje na odmiennych planetach, niektóre z nich są skłócone ze sobą. Ogrom uniwersum, dopracowanie go i takie szczegóły jak religia, długość doby, filozofia – o to wszystko zadbała pani Moto Hagio, dając niezwykły efekt. Dla mnie wyszło świetnie.
Jednak to wszystko poszłoby na marne, gdyby nie takie rzeczy jak wciągająca fabuła. Pierwsza historia miała parę mniej lub bardziej rzucających się we znaki błędów fabularnych, jednak chodziło w niej nie tyle o niezwykle dopracowaną historię a o klimat, którego w dzisiejszych produkcjach niestety nie uświadczymy. Druga spotkała się z zarzutami bycia nudną, według mnie – wręcz przeciwnie! Dawno tak nie wciągnąłem się w mangę i chociaż początek miała nienajlepszy, to dalej było już tylko lepiej. Zawiłe intrygi, polityka, pościgi a to wszystko na tle krwawej wojny i odwiecznych konfliktów. Błędów fabularnych tam nie znalazłem i chociaż nie każdemu może spodobać się zakończenie (jak mi), to ostatecznie jest zadowalające.
Kreska Moto Hagio jest odmienna od tych, które znamy. Przejrzystość, niekiedy krajobrazy powodujące opad szczęki i niezwykłe projekty postaci to jej główne zalety. Wadami może dla niektórych być to, że już się zestarzała, bo  mangi rysowane w ten charakterystyczny sposób to już przeszłość. Hagio ma specyficzny styl, nie każdemu przypadnie on do gustu. Postacie męskie przypominają trochę kobiece, jak to bywa w nieco starszych mangach.  Wszystko wyróżnia lekkość i chociaż znalazłem parę błędów anatomicznych, wydaje mi się, że komiks jest jednym z tych „ładniej narysowanych”.
Manga ta, wydana w serii Mega Manga, charakteryzuje się formatem A5, obwolutą (która ciągle spada, przynajmniej w moim egzemplarzu), kolorowymi stronami, których jest zresztą ponad 30 i wydaniem zbiorczym liczącym  320 stron. Dodatkowo pod koniec mamy artykuł o samej autorce, jednak przychodzi nam za wszystko zapłacić 45 zł. To nie jest jeszcze jakaś kosmiczna cena, więc nie powinna nikogo zniechęcić.
Czy warto? Tak. „Było ich Jedenaścioro” jest genialną space operą, niestety nie dla każdego. Jak już wspomniałem spotkała się z wieloma negatywnymi opiniami jednak w moim skromnym mniemaniu to małe arcydzieło. Drodzy Czytelnicy, jeśli szukacie mangi pełnej niezwykłego klimatu, intryg, przypominającej stare dobre czasy, kiedy SF dopiero kiełkowało, z ciekawym drugim dnem i świetnymi postaciami, rozbudowanym uniwersum… Dobrze, koniec słodzenia. W każdym razie – polecam!
Autor: Moto Hagio
Gatunek: space opera
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Shogakukan

Ocena główna: 9/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 8/10
Grafika: 8/10
Pomysł: 7/10

8 komentarzy:

  1. Czy w drugiej części znamy "z góry" przedstawione intrygi, czy rozwiązania mogą być tylko naszymi domysłami (zanim dojdziemy do końca, nie znając ostatnich scen) ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Intrygi przez całą historię rozwijają się i ich skutki i rozwiązania przedstawione są dopiero na końcu, jeśli o to Ci chodziło ;)

      Usuń
  2. Jest to pierwszy tytuł z serii MM który zamierzałam kupić. I niestety do tej pory nie kupiłam... ale jak tylko znajdę gdzieś w okazyjnej cenie, na pewno trafi na moją półkę. : ) Po Twojej recenzji mam na to jeszcze większą ochotę. Na szczęście widziałam również Twój komentarz odnośnie tego tytułu na forum Waneko, więc wiem, że to, czego obawiałam się najbardziej - zakończenie - mi się spodoba. : ) Zdecydowanie wolę gdy wszystko kończy się w taki sposób... albo, w ostateczności, niejasny.

    Kurde, choć w sumie, jak pomyślę ile w tym miesiącu wydałam na mangi... i ile jeszcze wydam (promocje świąteczne)... To chyba jednak powinnam się wstrzymać na kilka najbliższych miesięcy. xD Albo i do końca roku. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja miałem w marcu mało kupować a w kwietniu baardzo dużo i oczywiście nic z tego nie wyszło xD.

      Usuń
    2. U mnie właśnie tak samo! Nie dość że korzystam z promocji, to jeszcze przy okazji zamawiam kwietniowe nowości. W sumie nastawiłam się na promocje na mangardenie, niestety w te święta o nas zapomnieli. : ( Blame! trzeba będzie kupić w cenie okładkowej... tej w twardej oprawie... ech. A kojarzysz może Planetes i Różę Wersalu? Przyznam że oba te tytuły to dla mnie zupełna nowość, jednak tyle pozytywnych opinii, że się zastanawiam...

      Usuń
    3. Ja również się nad nimi zastanawiam, mamy podobny gust ;)
      Od autorki Róży Wersalu mam inną mangę, Mój Drogi Bracie. Jak mi się spodoba to Różę kupię, jak nie to nie. Ikeda ma taki specyficzny styl tworzenia fabuły, że nie każdemu może on przypaść do gustu. Niektórzy narzekają np. na przedramatyzowanie w Mój Drogi Bracie, a niektórzy piszą, że fabuła tam była nijaka i praktycznie bez żadnych ważniejszych wydarzeń.
      Planetes ma mój ukochany tag "seinen" więc jest szansa, że kupię. Z tego co wiem to SF ze spokojniejszymi elementami obyczajowymi, a samo zbudowało już sobie wysoką pozycję w fandomie. Zrobię tak, że kiedy wyjdzie pierwszy tom przeczytam parę recenzji i wtedy zdecyduję.

      Usuń
    4. Rzeczywiście mamy. xD I chyba zrobię tak jak Ty - poczekam na kilka recenzji. Na szczęście to są takie tytuły, z którymi można poczekać. Przed chwilą mój portfel zapłakał rzewnymi łzami gdy zapłaciłam ponad 70zl za Blame! i weszłam na gildię skończyć dwa kolejne zamówienia.

      A seineny są najlepsze. Samo to wystarczy by przyciągnąć mnie chyba do każdego tytułu. Nawet do ecchi (nowy tytuł Waneko xD).

      Usuń