poniedziałek, 15 lutego 2016

Tokyo Ghoul #1


Tak to już jest, że ludzie mordują świnki, bo muszą coś jeść. Stoją oni na samym szczycie łańcucha pokarmowego i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Ale co by się stało, gdyby nagle pojawiły się stworzenia, które zjadają ludzi?
W świecie przedstawionym w mandze „Tokyo Ghoul” tak właśnie jest – tytułowe ghule to istoty idealnie maskujące się, udające zwykłych mieszkańców, by w nocy iść na krwawe polowanie. Ludzkie jedzenie, czyli torty, ryby czy Pocky smakuje dla nich tak ohydnie jak... Mniejsza z tym, w każdym razie im nie smakuje. Wyróżniają ich straszliwe, czarne oczy, które objawiają się głównie podczas żerowań. Teoretycznie to zło w czystej postaci. Ale czy na pewno? Takie pytanie musi zadawać sobie Kaneki Ken.
Jest to miły, osiemnastoletni student japonistyki, kochający czytać książki. Wszystko kałaj, tylko niestety zakochał się w pewnej dziewczynie, Rize. Ta okazuje się fanką ulubionej autorki Kanekiego i kiedy przypadkowo na siebie trafiają wydaje się, że będzie się im żyć długo i szczęśliwie. A gdzie tam, przecież to horror a nie shojo. Rize prosi Kanekiego, aby odprowadził ją do domu. Idąc przez jakiś mroczny zaułek, ta pokazuje, kim jest naprawdę. Zamienia się w ghula i próbuje zeżre… zjeść Kanekiego. Chłopak ledwie  uchodzi z życiem, ale jest nieźle poturbowany. Dzięki nieszczęśliwemu (a może i szczęśliwemu?) wypadkowi Rize umiera, a lekarz chcący uratować Kanekiego przeszczepia mu jej organy. Tak, organy ghula. Czy to się dobrze skończy? Hehe, nie. Kaneki staje się pół ghulem, a pół człowiekiem. Nieciekawie, co?
„Tokyo Ghoul” na pierwszy rzut oka wydaje się typowym horrorem, jednak fabuła wskazuje na to, że typowy horror to nie jest. Skrywają się tu ważne prawdy życiowe i parę rzeczy, nad którymi warto się dłużej zastanowić, a poza tym całość jest doprawiona walkami. Tak, ja, osoba, która niezbyt lubi shoneny (wyjątkiem jest Fullmetal Alchemist, który po prostu kocham) przyznaje się, że podobają jej się walki, bo fabuła nie jest nimi przepełniona a stanowią tylko smaczek. Wszystkie wydarzenia i wątki w TG są przemyślane i solidnie zrobione oraz wyważone tak, aby nie dokuczała nam nuda ani żeby akcja nie rozgrywała  się zbyt szybko. Jeśli tak jak mi nie podobało się Wam anime, to pamiętajcie, manga jest o niebo lepsza. Oprócz rasowego horroru mamy tu też elementy komediowe, trochę romansu, dramatu i psychologii. Tak, dobrze przeczytaliście, psychologii. Kaneki nie jest ani ghulem, ani człowiekiem, więc tak naprawdę kim? Czy jest dla niego miejsce na świecie? I czy będzie w stanie dla własnego dobra porzucić część swoich ludzkich przyzwyczajeń? To tylko parę pytań, które zadaje czytelnikowi TG. Z tego powodu właśnie jest to seria tak dobra, jednak manga oferuje nam jeszcze więcej…
Kaneki nie jest takim użalającym się nad sobą Arminem, jaki był w anime. To mądry, jednak zrozpaczony nową sytuacją chłopak, którego można polubić. Fakt, momentami wydaje się naiwny i jest naiwny, ale spokojnie, potrafi być zdecydowany i silny. Jego największym problemem jest to, że to człowiek trochę za bardzo przekonany, że jego poglądy są jedynymi właściwymi. Kocha horrory, jednak paradoksalnie jego życie po spotkaniu Rize przemienia się w horror, a to już mu się niezbyt podoba.
Najlepszym kumplem Kanekiego jest Hide, obecnie jeden z moich ulubionych bohaterów. Beztroski, spokojny i wiecznie uśmiechnięty, ma rodzicielski instynkt, który sprawia, że bardzo troszczy się o głównego bohatera.  Ma spory dystans zarówno do siebie, jak i do świata. On za to nie lubi czytać, więc często naśmiewa się z Kanekiego.
Oprócz wymienionych wyżej postaci mamy jeszcze Toukę, waleczną i nieco mniej typową tsundere, Nishikiego, dość brutalnego i wywołującego  gęsią skórkę na całym ciele ghula oraz upiorną Rize. Wszystkie drugoplanowe postacie też się wyróżniają, nie są tylko tłem dla wydarzeń i wnoszą coś do fabuły.
Kreska Sui Ishidy jest niezwykle specyficzna i interesująca. Mamy tu ogromną ilość czerni, momentami wręcz przytłaczającą. Mimika i twarze są wyraziste i jedyne w swoim rodzaju, szczególnie podobają mi się oczy. Na uwagę zasługują też świetne projekty postaci i realistyczne sceny rodem z horroru, jak krwawe bitwy czy rany. Rastry i momentami użycie czystej bieli powoduje, że całość jest bardzo przejrzysta. Niestety jeden czynnik wpływa na obniżenie mojej oceny końcowej – ciała. Miejscami rysunek ciała przeczy prawom fizyki i wygląda tak nienaturalnie, że aż razi w oczy. Autor musi jeszcze sporo się poduczyć i bardziej przyłożyć się do rysowania leżących postaci czy nawet ciekawszego kadrowania.  I nie przesadzać z wielkością zębów, nawet u ghuli. O tak, zdecydowanie. Mimo to, wszystko wygląda bardzo dobrze i gdyby nie te nieszczęsne proporcje mógłbym śmiało wystawić 10 za grafikę.
Polskie wydanie jest bardzo dobre, chociaż dostajemy niezbyt duży format i brak kolorowych stron. A szkoda, bo rysunki autora tak mi się spodobały, że może kupię artbook.  Tłumaczenie wypada nieźle a prawie wszystkie onomatopeje zostały wyczyszczone. To po prostu solidne wydanie, którego żaden mangowiec nie powinien się wstydzić.
Czego mi brakowało w TG? Niewiele. Mamy tu klimat rodem z horroru, ale równocześnie momenty spokojne i lekkie, ważne treści, świetne, dynamiczne walki… Może „Tokyo Ghoul” nie jest wybitnym arcydziełem, ale jest bardzo dobry, nawet lepiej – rewelacyjny. Jest to manga, która chyba jednak nie każdemu się spodoba, ale mi przypadła do gustu idealnie. Jeśli lubicie mroczne, interesujące historie, z rozbudowanym uniwersum i dającymi się polubić postaciami, jeśli nie straszne Wam momentami przedramatyzowanie, ale proszę pamiętać, lekkie, to śmiało możecie sięgnąć po TG.
Autor: Sui Ishida
Gatunek: horror, dramat, psychologiczne
Wydawnictwo polskie: Waneko
Wydawnictwo japońskie: Shueisha

Ocena główna: 9/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 8/10
Grafika: 8/10
Pomysł: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz