poniedziałek, 14 grudnia 2015

One-Punch Man #1

Hej!
Dzisiejsza recenzja będzie dotyczyła znanej zapewne wam mangi "One Punch Man", która zyskała ogromną popularność. Nie znam też osoby, która by o niej źle mówiła. I uwaga: w pierwszym tomiku mangi działo się zbyt mało, bym mógł dobrze zrecenzować komiks, więc będę posługiwał się również świetnym anime na podstawie mangi. Enjoy!
Saitama to miły pan, który nie mógł znaleźć pracy. Zresztą nigdy tak naprawdę go nie interesowała prawdziwa firma czy korporacja, więc po kilku nieudanych przesłuchaniach olał to i został superbohaterem. Żeby mieć więcej siły zaczął ostry trening, przez który wyłysiał, lecz stał się tak potężny, że każdego przeciwnika potrafił pokonać jednym ciosem. I żył sobie długo i szczęśliwie. Nie, nie ma tak łatwo. Odkrył, że bycie superbohaterem, który wszystkich bez trudu rozgramia jest niesamowicie nudne. Zero wyzwań, satysfakcji, emocji podczas walki. Tylko właśnie taki one punch (jedno uderzenie) i po sprawie. Dlatego postanowił coś z tym zrobić...
Pewnego razu Saitama oglądał w telewizji wiadomości, w których mówiono o epidemii zabójczych komarów. Taki jeden wleciał mu do domu i bohater nie mógł sobie z nim poradzić, a irytowało go ciągłe bzyczenie owada. Gonił go, aż nagle wybiegł na zewnątrz i zobaczył cyborga walczącego z ogromną komarzycą. Cyborg wyglądał na zdecydowanego i silnego a Saitamę uważał za zwyczajnego przechodnia. Toteż gdy przegrał z kretesem nasz łysol wkroczył do akcji i jednym ciosem pozbawił komarzycę życia. Genos, bo tak miał na imię cyborg, zapragnął zostać uczniem Saitamy. Zobaczycie, co z tego wynikło...
Nie, to nie jest typowy shonen. To bezlitosna, powalająca parodia wszelkiego rodzaju shonenów, od "One Piece'a" po "Bleacha". Pierwszy tom pokazuje głównie brak celu działań głównych bohaterów tego gatunku - pokonują potwory, ale potem pojawiają się następne i jeszcze następne. Poza tym OPM naśmiewa się z jakże częstego motywu w mangach dla chłopców (niech fani "Naruto" po trzydziestce się na mnie nie obrażają) - chęci posiadania super siły. Co ci da super siła, jeśli każdego pokonujesz jednym ciosem? Znudzenie. Sam na przykład niezbyt lubię shoneny, jedynie kocham Fullmetal Alchemist (moja ulubiona manga, kto nie zna marsz czytać). Przygody Edwarda i Alphonsa, którzy próbując wskrzesić swoją matkę złamali alchemiczne tabu i tracąc swe ciała zostali skazani na wyprawę po Kamień Filozoficzny by je odzyskać, wybitnie pokazują najróżniejsze cechy ludzkie oraz niesprawiedliwość tego świata, a wszystko w kolorowej otoczce pełnej walk i epickich zwrotów akcji. Jednak ja, tak mocno związany z tym tytułem, wcale nie poczułem się urażony bezlitosnym sarkazmem w OPM. Przeciwnie, uśmiałem się niesamowicie. Sama manga podchodzi z dużym dystansem do innych pozycji jak i samej siebie, co wychodzi na wielki plus. Trudno znaleźć gdziekolwiek, nawet w komediach, tak wiele przymrużeń oka i aluzji, a co najlepsze nie zostały one przesadzone, tak jak i sarkazm w tej pozycji.
Postacie reprezentują największe schematy w shonenach, równocześnie je wyśmiewając. Niezbyt inteligentny Saitama traktujący bycie superbohaterem jako hobby to akurat nawoływanie do autorów shonenów o tym, czego w ich mangach brakuje - dystansu bohaterów do siebie. Taki np. Ed z FMA alchemię traktuje niezwykle poważnie (nie powinniśmy się dziwić, bo nie znając jej zasad pozbawił brata ciała). A tutaj Saitama ratuje kogoś jak trzeba, ale woli poczytać mangę, zjeść chipsy... Genos jest niezwykle drętwy lecz inteligentny, z wielką powagą traktuje prace superbohatera ponieważ kiedyś duży robot... A tak, nie chcecie spoilerów. Potwory są albo psychopatycznymi szaleńcami (komarzyca), albo tępymi siłaczami (ten pierwszy monsterek, który pojawił się w mandze). Schematy, prawda? Ale po to, by można było je porządnie wyśmiać. Naprawdę porządnie, ale bez przesady.
Kreska naprawdę mi się spodobała. Niesamowite sceny walk, szczegóły w rysunku bohaterów, oraz jakby dwie wersje Saitamy - w jednej wygląda jak pijak, w drugiej jak epicki superbohater. Wersje zmieniają się w zależności od tego, czy trwa walka czy nie, co wychodzi na plus (po raz który ja to piszę...). Wyeksponowane tła, powodująca tarzanie się ze śmiechu mina znudzonego Saitamy (porównajcie sobie z tą na okładce) - wszystko wyszło bardzo dobrze. Minusik za to, że niektóre kadry wyraźnie są rysowane tylko ołówkiem, bez dociągnięcia linii tuszem. Trochę jak w SnK, chociaż tam to była już lekka przesada.
Polskie wydanie prezentuje się bardzo dobrze - dopłacamy 5 zł i otrzymujemy obwolutę, format A5 oraz około 200 stron zabawy. Tłumaczenie Pawła Dybały jest jednym z lepszych, jakie pojawiło się w Polsce. Mnóstwo gier słów, reklamówka na zakupy Saitamy z napisem "Stonka - codziennie lipne memy!", napis "Łysol" na koszulce bohatera - oh, jak się uśmiałem właśnie dzięki tłumaczeniu! Naprawdę gratuluję panu Dybale. Warto wspomnieć też o jeszcze jednej rzeczy - jeśli zamówiło się preorder na Mangardenie, dostawało się wielki plakat przedstawiający doskonale narysowanego potwora (wisi nad łóżkiem), zakładkę (dzielnie mi służy) i przypinkę (jest na plecaku).
Podsumowując, OPM rozbawił mnie do łez i sprawił, że na pewno sięgnę po kolejny tom. Rzadko zdarza się tak dobra komedia.

Gatunki: komedia, akcja      Autor: ONE (scenariusz), Yusuke Murata (rysunki)       Wydawnictwo: JPF
Ocena główna: 8,5/10       Grafika: 9/10      Bohaterowie: 8/10    Fabuła: 9/10     Pomysł: 10/10


PS Ogłoszenia:
- na blogu jest ankieta - głosujcie!
- niedługo wprowadzę kilka dość dużych zmian jeśli chodzi o wygląd bloga - obecny nagłówek woła o pomstę do nieba,
- cieszy mnie coraz większa ilość wyświetleń, dzięki :),
- za jakiś czas nowe Top 10 lub artykuł - takie rzeczy będą pojawiać się co dwie recenzje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz