środa, 3 maja 2017

Hotel



Do mangowych zbiorów opowiadań podchodzę zazwyczaj z dużą rezerwą. Jako że autorzy mają wtedy zdecydowanie mniejsze pole do popisu zarówno pod względem fabuły jak i bohaterów,  tworzenie takiego komiksu może zakończyć się klapą. Kiedy jednak usłyszałem miliony  pochwał dotyczących „Hotelu”, w których parę razy moje oczy wyłapały pojęcie „pełnokrwisty seinen”, musiałem, po prostu musiałem sam przeczytać. Czy jednak żałowałem swojej decyzji?
Pierwsze opowiadanie, tytułowy „Hotel” zaczyna się od nieciekawej sytuacji, bowiem naukowcy dyskutują na temat nagłego podnoszenia się oceanów. Według ich obliczeń za około 200 lat temperatura na Ziemi będzie tak wysoka, że życie na niej będzie praktycznie niemożliwe. Postanowiono więc zbudować Arkę – statek, który poleci do oddalonej o 127 lat świetlnych galaktyki, na której jest szansa na przetrwanie. W Arce mają znajdować się kody DNA, które pozwolą na odtworzenie Ziemi. Jednak zanim zostanie ona stworzona, naukowcy planują zbudować wieżę na Antarktydzie, która pomieści w sobie DNA organizmów innych niż ludzie. Jej celem jest, jak to określa pewien uczony, „odkupić winy ludzkości”. Na jej straży ma stać Louis – komputer, którego zadaniem będzie chronić DNA i nie dopuścić do tego, aby stała mu się choćby najdrobniejsza krzywda.
Historia zdecydowanie nie jest tym, czym mogłaby się wydawać na pierwszy rzut oka. Na podstawie opisu możemy wywnioskować, że jest to ciężka, pełna polityki i terminologii opowieść. Nic bardziej mylnego, autor nie skupia się bowiem na fizycznych aspektach całości, a na postaci samego robota. Opowiadanie ma bowiem niezwykle oryginalną i zdecydowanie wychodzącą na plus formę pamiętnika maszyny, która opisuje najważniejsze wydarzenia i dokonania przy prowadzeniu nietypowego hotelu, którym oczywiście jest wieża. Dostrzegamy jego determinację i uczucia, tak, uczucia u robota, jego poświęcenie i zaangażowanie. Dostrzegamy też coś niekoniecznie pozytywnego, a mianowicie to, że „wpisy” pojawiają się coraz rzadziej oraz zwiastują nieuchronny koniec maszyny. Autor mangi (Boichi) opanował do perfekcji granie na emocjach i uczynił z historii poważny, pełen ukrytych między wierszami filozoficznych rozważań komiks. To opowiadanie  niesamowicie przejmujące, świetnie skonstruowane i poprowadzone, w którym idealnie wyważone są typowe dla seinenów polityczne aspekty z metafizycznymi refleksjami. Nawet nie zdajemy sobie sprawy kiedy zaczynamy kibicować Louisowi i każdą jego porażkę odczuwać tak boleśnie jak on.  Należy wspomnieć też o genialnym zakończeniu, któremu daleko do typowych happy endów i które jest idealną wisienką na torcie dopełniającą całą historię. Nie ma tu również wstawionych na siłę scenek humorystycznych ani niepotrzebnych wydarzeń, które psułyby efekt – mamy po prostu genialnego, idealnie napisanego seinena, w którym niezwykle trudno wskazać mi jakiekolwiek wady i mimo, że jest to tylko opowiadanie, podobało mi się o wiele bardziej niż niejedna  wielostronicowa manga. Więcej takich dzieł!
W drugim opowiadaniu, „Prezent”, poznajemy historię kobiety, która przez 2 miesiące pozostawała  w śpiączce. Po wybudzeniu i rozmowie z jej  mężem okazuje się, że wszystko, łącznie z nim, zapamiętała zupełnie inaczej. Jednak czy na pewno wszyscy są w stosunku do niej szczerzy?
„Prezent” jest historią krótką, ale bardzo treściwą a przy tym niezwykle dramatyczną. Nie podobała mi się aż tak bardzo jak „Hotel”, zapewne na skutek zupełnie innego typu historii i mniej oryginalnego pomysłu, ale ilość tragizmu oraz smutku zawartego w naprawdę niewielu stronach może po prostu powalić. Jak już pisałem, Boichi to mistrz w graniu na emocjach i w tym opowiadaniu jeszcze mocniej to podkreślił. Dodatkowo manga pełna jest miłości w najróżniejszej formie, miłości tak silnej, że w jej imieniu bohaterowie są w stanie znieść straszliwe cierpienia. Autor rozważa tu nad jej naturą oraz tym, jak wielką cenę może przyjść za nią zapłacić, co może wydawać się komuś odrobinę banalne, ale uwierzcie mi, w tym przypadku tak nie jest. Tak samo jak w przypadku „Hotelu” zakończenie jest po prostu genialne, idealnie domykające całą historię i tworzące jej perfekcyjne zwieńczenie.
Trzecia historia, „A wszystko to dla tuńczyka” utrzymana jest w zupełnie innym nastroju niż dwie pierwsze, opowiada ona bowiem o Junie, chłopcu, który zjadł ostatniego tuńczyka na Ziemi. Wiele lat po tym wydarzeniu, kiedy stał się już mężczyzną, dowiedział się, że jego tata sprzedał samochód, aby ten mógł chociaż raz w życiu spróbować owej ryby. Od wtedy postawił sobie za cel przywrócić tuńczyka do oceanów, nawet za cenę śmierci.
Mangowe komedie mnie nie śmieszą. Japońskie poczucie humoru uważam za dno i 5 metrów mułu. Nie licząc drobnych, naprawdę drobnych wyjątków, mangi ze słowem „komedia” w tagach omijam szerokim łukiem. „A wszystko to dla tuńczyka” było chyba jedynym tego typu komiksem, który niesamowicie wręcz mnie rozbawił i urzekł. Absurdalny, wręcz abstrakcyjny humor, bardzo prosta i jednowątkowa fabuła, to wszystko złożyło się na perfekcyjną, niezobowiązującą komedię, stanowiącą idealny relaks po dwóch pierwszych opowiadaniach. Żarty może nie są tu najinteligentniejsze, ale również nie prymitywne i sprawiają, że czytanie tego komiksu jest prawdziwą przyjemnością i jest on idealną lekturą po ciężkim dniu.
Czwartą i piątą historię nazwałbym bardziej eksperymentami niż pełnoprawnymi opowiadaniami. „Stephanos” opowiada o kobiecie, która mimo młodego wieku zaszła  w ciążę z żonatym mężczyzną. Szybko okazuje się jednak, że to, co na początku wydawało się uroczym dzidziusiem, wcale nim nie jest… W ostatniej opowieści, „Diadem” obserwujemy losy wojowniczki, która posiadając niewielką armię postanowiła zaatakować olbrzymie wręcz imperium. Czy jednak jej się to uda?
Obie historie są naprawdę specyficzne i zupełnie inne od poprzednich. „Diadem”, według mnie, powstał zapewne na skutek nagłej chęci autora do stworzenia krótkiej, heroicznej historii o walce i poświęceniu, jednak z powodu  jej długości (albo raczej krótkości) i niesamowitej wręcz prostoty fabularnej graniczącej z lenistwem, nie mogę powiedzieć, aby historia ta była chociaż dobra. Ma ona co prawda wielki potencjał ale zdecydowanie nie został on wykorzystany. Z kolei „Stephanos” to chyba najdziwniejsza manga jaką zdarzyło mi się czytać. Zaczynamy od czegoś mogącego zahaczać o tanią telenowelę, a kończymy na religii, pieczęciach i apokalipsie. Wszystko dzieje się tu tak szybko i niepłynnie, że można łatwo się pogubić. Po raz kolejny mankamentem jest również to, że historia jest niezwykle krótka. Boichi najpierw chciał chyba stworzyć pseudo-dramat, potem stwierdził, że lepsza będzie komedia (o czym mogą świadczyć nieśmieszne sceny humorystyczne, totalnie nie pasujące do klimatu opowieści i wpychane gdzie tylko się da), a potem postanowił, że apokalipsa jest jednak ciekawsza. Trudno mi uwierzyć, że te dwa opowiadania wyszły  spod ręki autora trzech pierwszych i dlatego uważam, że są to po prostu eksperymenty Boichiego – tylko odrobinę nieudane.
Komiks narysowany jest po prostu świetnie. Autor niezwykle umiejętnie łączy tradycyjny rysunek z grafiką komputerową, co daje niesamowity efekt. Swoich bohaterów rysuje dość realistycznie, lecz również charakterystycznie i ma swój określony styl, co dla mnie jest zdecydowanie plusem. Zręcznie używa rastrów i całe szczęście nie zastępuje nimi całego tła w  każdym kadrze  - pojawiają się one w bardziej dynamicznych momentach i takich, w których trzeba zwrócić uwagę czytelnika na emocje bohaterów. Dodatkowo, świetnie posługuje się on kolorem, co widać między innymi w pierwszej połowie „Hotelu” i „Diademie” – kolorowe strony w tej mandze wyglądają po prostu niesamowicie. Z wad? Może to, że czasami rysunki bohaterów są mocno uproszczone a ich mimika przerysowana. Mimo to jednak uważam rysunek w „Hotelu” za coś naprawdę świetnego.
Mangę w Polsce wydało wydawnictwo Kotori. Matowa obwoluta, 24 kolorowe strony, powiększony format, biała biel, czarna czerń i solidne klejenie – to wszystko składa się na cenę 30 zł, co w tym przypadku, patrząc na jakość wydania oraz samą treść nie jest szczególnie wysoką liczbą. Należy też wspomnieć o świetnym tłumaczeniu, bardzo naturalnym a przy tym wolnym od jakichkolwiek błędów językowych.
Podsumowując, według mnie naprawdę warto przeczytać „Hotel”. Pomijając ostatnie 2  opowiadania jest to świetna, głęboka pozycja, momentami dramatyczna i emocjonująca, idealnie napisana, trzymająca w napięciu i po prostu dobra. Może i ma parę mankamentów, ale zdecydowanie więcej zalet, dla których warto zaopatrzyć się w tę pozycję. I gwarantuję wam jeszcze jedno – po przeczytaniu już nigdy nie spojrzycie na tuńczyka w ten sam sposób…


Autor: Boichi
Gatunek: dramat, SF, seinen
Wydawnictwo polskie: Kotori
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 8,5/10
Fabuła: 8/10
Bohaterowie: ?/10 - to zbiór opowiadań, więc nie da się ocenić :C
Grafika: 9/10

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Oblubienica Czarnoksiężnika #1


Skrzydlate, nagie wróżki, zamieniająca się w fokę bogini porządków domowych, koleś z bawolą czaszką zamiast głowy. Smoki stające się drzewami, gadające koty oraz kartki papieru zamieniające się w bliżej nieokreślone stworzenia. Gdzie my właściwie jesteśmy? Czy to już naprawdę koniec wszechświata? Nie powiedziałbym, jest to bowiem uniwersum mangi… obyczajowej, czyli „Oblubienicy czarnoksiężnika”!
Chise Hatori, pomimo młodego wieku, ma zapewne ciekawsze życie niż niejedna czytająca to osoba. Dziewczyna bowiem widzi wróżki i inne magiczne stworzenia, których dostrzegać nie powinna. Jakby tego było mało, w wieku 15 lat zostaje sprzedana na aukcji za naprawdę grube pieniądze panu, który zamiast głowy wybrał dużo praktyczniejsze rozwiązanie – bawolą czaszkę. Owy jegomość na początku ogłasza, że ta stanie się jego uczennicą oraz później… żoną.
Zapewne większość z was to wie, ale ostatecznie muszę to napisać – „Oblubienica…” to nie parodia tanich hentajów ani efekt dziwacznych fetyszy autorki, tylko bardzo ciepła historia obyczajowa utrzymana w klimatach fantasy , która zdecydowanie nie jest tym, czym mogłaby się  wydawać na pierwszy rzut oka. Zacznijmy od plusów mangi – klimat. Autorka, jak widać, bardzo dokładnie i szczegółowo zgłębiła temat fantasy i użyła tu najróżniejszych stworów z folkloru i legend, między innymi wspomnianą wyżej boginię porządków domowych. To świat, w którym w wysokich górach żyją ukryte głęboko smoki, spacerując po lesie możemy natrafić na krainę wróżek, a magia umożliwia naprawdę wiele, na przykład teleportację.  Atmosfera starych mitów i wierzeń daje tu niesamowity efekt i pozwala jeszcze lepiej wczuć się w historię. Pod tym względem „Oblubienica…” może spokojnie rywalizować z nawet najbardziej znanymi klasykami fantasy.
Należy wspomnieć również o tym, że mangę czyta się świetnie. Może nie jest ona mistrzostwem jeśli chodzi o fabułę, ale to jeden ze zdecydowanie najprzyjemniejszych, niezobowiązujących komiksów, z jakimi miałem do czynienia. To idealna lektura na wiosenne popołudnie, wraz z imbirowymi żelkami i herbatką. Nie ma tu głębokich dramatów i rozważań nad sensem ludzkiej egzystencji – jest przyjemna historia, która toczy się powoli i nie wymaga szczególnego skupienia, zaś stanowi świetną wręcz rozrywkę i odpoczynek.
Tutaj jednak zaczynają się schody, bowiem należy wspomnieć również o paru minusach. Między innymi fabuła – w pierwszym tomie  nie mamy nawet wskazówki, jak wyglądać będzie wątek główny. Cały tomik składa się z paru luźno powiązanych ze sobą historyjek dotyczących życia Chise i Eliasa (bo tak nazywa się owy pan z krowią czaszką zamiast głowy). Owszem, są one klimatyczne i biorą w nich udział naprawdę ciekawe postacie, ale przynajmniej dla mnie jest to trochę za mało i nie nazwałbym tego do końca fabułą. Książka lub manga powinna chociaż w minimalnym stopniu wciągać, a tutaj, na skutek konstrukcji historii zaczyna ona dość szybko nudzić. Teoretycznie można by jednak powiedzieć, że pierwszy tom to dopiero wstęp do całości i powinien zawierać przedstawienie bohaterów i uniwersum, a nie konkretne wydarzenia – też prawda, ale historyjki w „Oblubienicy…” nawet nie spełniają tej funkcji – po przeczytaniu całości większość moich informacji na temat bohaterów pochodziła z dwóch pierwszych rozdziałów, które jako jedyne nie były – tutaj muszę niestety użyć tego słowa, chociaż wydaje mi się, że ma ono odrobinę zbyt negatywny wydźwięk – zapychaczami. Bo jak inaczej nazwać opowiastki, które nie wnoszą nic do historii, a zajmują połowę tomu?
Trochę pomarudziłem, to teraz czas przejść do kolejnych zalet komiksu. Bohaterowie są skonstruowani naprawdę świetnie. Chise jest zupełnie inną postacią, niż mogłaby się wydawać, po pierwsze – myśli logicznie. Nie oszukujmy się, sytuacja jest beznadziejna, została ona  sprzedana na aukcji osobie, o której nie wie nic. Ona jednak, zamiast rozpaczać, stara się wytrzymać, bo co innego może zrobić? Widzi też, że nie ma sensu fochać się na Eliasa, bo logicznie rzecz biorąc miała ogromne szczęście, że trafiła na kogoś w miarę normalnego (pomińmy już tę krowią czaszkę…) a nie kogoś, kto chce ją wykorzystać albo użyć do pracy. Poza tym, co by jej to dało? Widać też, że facet się stara zapewnić jej normalne warunki do życia, co Chise docenia. Jak miło wreszcie trafić na główną bohaterkę, która nie pasuje  ani do schematu typowej tsundere, ani biednej pokrzywdzonej przez los bohaterki z tak zwaną dephesją. Owszem, dziewczyna ma w życiu pod górkę, jednak nie użala się nad sobą i stara się dalej normalnie funkcjonować. Jest skonstruowana bardzo realistycznie, posiada dość zrównoważony, spokojny charakter – śmiało mogę stwierdzić, że pani Kore Yamazaki ta kreacja niezwykle się udała. Z różnych Lemurillowych źródeł dowiedziałem się, że ludziom potrzeba „ogarniętej” bohaterki shojo i chociaż „Oblubienica…” shojo na pewno nie jest (swoją drogą bardzo trudno komiks ten przydzielić do jakiejkolwiek kategorii), to  bohaterka ogarnięta jest wyjątkowo. (dałbym tu „XD” ale to ma być poważna recenzja .-.)
Elias to bohater niezwykle tajemniczy. Wydaje się mieć dobre serce, bardzo dobrze opiekuje się Chise i o nią dba, aczkolwiek z szeptów między kadrami i krążących pogłosek możemy wywnioskować, że jednak najświętszy to on nie jest. Ma on bowiem bardzo wielu wrogów i nie krąży o nim zbyt dobra opinia publiczna. Poza tym, mimo wszelkich niepewności, Chise w końcu mu ufa – facet ewidentnie chce dla niej dobrze i pomaga jej w trudnych sytuacjach. Jego kreacja nieco przypomina mi Bestię z „Pięknej i Bestii”, wydaje mi się, że mógł być tą postacią inspirowany – różni się on z kolei mroczniejszą przyszłością i charakterem, aczkolwiek możliwe, że jego pierwotna wizja opierała się właśnie na tym bohaterze.
Teraz czas na kreskę, czyli coś, co w mandze szczególnie mnie urzekło. Owszem, momentami mignie nam jakaś mocno skrzywiona twarz lub ręka zagięta pod nieco dziwnym kątem, lecz trzeba autorce przyznać, że w komiks włożyła ogromną ilość pracy. Idealnie oddane tła, krajobrazy, miejsca – wszystko to wygląda nie dość, że niezwykle realistycznie to jeszcze ma w sobie coś w rodzaju specyficznej magii… Nietypowe, dynamiczne kadrowanie oraz nakładane z wyczuciem rastry sprawdzają się w intensywniejszych akcjach, z kolei pieczołowicie rysowane tła oraz prosty układ kadrów są idealne w spokojniejszych momentach. Należy również pochwalić barwne projekty postaci (nie tylko tych ludzkich), które świetnie pasują do ich charakterów a poza tym są stworzone z niezwykłym wyczuciem, nie przesadzone ale również nie nudne. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to anatomia, która w niektórych momentach  mocno kuleje, tak samo jak pojawiające się czasami bardzo dziwne zabawy perspektywą.
Mangę w Polsce wydało Studio JG. Jak zwykle w przypadku tego wydawnictwa wszystko dostaliśmy w najwyższej jakości (co jak co, ale JG mangi wydaje pierwszorzędnie) – obwoluta z lakierem wybranym, biały papier, czarne czernie, świetne, żywe a zarazem naturalne tłumaczenie oraz solidne klejenie. Za to wszystko przychodzi nam zapłacić nieco więcej, niż zwykle, bo 23 złote, ale jeśli manga jest dobra i dobrze wydana, to raczej zakupu nie pożałujemy.
Podsumowując, „Oblubienica…” to bardzo przyjemna, niezobowiązująca historia obyczajowa, której dziejąca się w niespiesznym tempie akcja przypadnie do gustu miłośnikom spokojniejszych komiksów. Trzeba też przyznać, że relacja Chise i Eliasa ma potencjał i jeśli całość zostanie odpowiednio rozegrana, manga może okazać się prawdziwym hitem. Owszem, posiada ona parę luk fabularnych i niedociągnięć, ale w ostatecznym rozrachunku można przymknąć na to oko - jeszcze Elias się dowie, że mamy coś do mangi o nim, a wtedy będzie nieciekawie…


Autor: Kore Yamazaki
Gatunek: fantasy, obyczajowe
Wydawnictwo polskie: Studio JG
Wydawnictwo japońskie: Mag Garden

Ocena główna: 7/10
Fabuła: 6/10
Bohaterowie: 8/10
Grafika: 8/10



piątek, 31 marca 2017

Rycerze Sidonii #1



Niektórych rzeczy po prostu nie da się wyjaśnić. Zaczynając od tych poważniejszych, jak wszelakie cudy i objawienia, które rzekomo miały miejsce, przez te bardziej życiowe przykłady, jak to, czemu piosenka jakiegoś Dżejkoba Satoriusa o swetrze ma 606 tysięcy łapek w górę. Jednak pozwólcie, że przedstawię wam coś jeszcze trudniejszego do zrozumienia. Mamy mangę, a w niej ciekawie skonstruowany świat przedstawiony, kosmos, pustelniaki i niezwykłą, charakterystyczną kreskę. A, i nazwisko Niheia na okładce. Jakim cudem można było to zepsuć? Postaram się wyjaśnić to w poniższej recenzji.
Sidonia jest gigantycznym statkiem-arką, który dryfując w kosmosie ostatecznie ratuje gatunek ludzki przed zagładą. Pustelniaki, tajemnicza rasa straszliwych potworów, doszczętnie zniszczyła bowiem Układ Słoneczny. Nagate Tanikaze poznajemy, kiedy ten, wychodząc z symulatora pilotażu, idzie ukraść ryż. Na skutek niefortunnego, a może  właśnie fortunnego przypadku odkrywa, że miejsce, w którym dotąd żył, nie jest nawet cząstką ogromnej Sidonii, o której, żyjąc odizolowany od świata w jednej kabinie, nie miał bladego pojęcia. Potem jednak, kiedy pojawiają się pustelniaki, przestaje być tak wesoło – Tanikaze musi bowiem przetrwać, co w tym przypadku nie jest takie proste.
Powróćmy do pytania ze wstępu – co poszło nie tak? Zacznijmy od fabuły. Pan Tsutomu Nihei, znudzony widocznie ciężkimi seriami wyróżniającymi się niezwykle gęstym klimatem, postanowił stworzyć coś, co trafi do szerszego grona  odbiorców, a przy okazji zachować swój niepowtarzalny styl. Wyszło to, według mnie, fatalnie. Dla przykładu, na początku obserwujemy bohatera spacerującego po niesamowitych miejscach, praktycznie czujemy ten Niheiowy klimat, aż tu nagle bum! nasz biedny Nagate trafia w sam środek dwuznacznej, fanserwiśnej sceny. Schematy i zabiegi fabularne znane nam ze szkolnych komedii i głupkowaty humor to coś, czego w żaden sposób nie połączy się z atmosferą seinena. Tutaj widzimy, że autor się starał, starał ale nie wyszło. Nie sugerujcie się nazwiskiem Niheia na okładce – mamy tu do czynienia bowiem z najprostszą możliwą fabułą, pełną dramatów i zawirowań, które znamy już do bólu z niejednej serii szkolnej, walki ze złymi i niedobrymi monstrami, bohatera, który tak strasznie irytuje swoją niezdarnością, że nawet nie ukrywamy tego, że bardziej kibicujemy pustelniakom niż jemu, i słodziutki haremik, w tym trzecią płeć (Nihei powinien uczyć Urushiharę, jak wykorzystywać klimaty SF do robienia ecchi-sytuacji), co prowadzi do miliona niezręcznych sytuacji. A wszystko to w mrocznym klimacie, z elementami politycznymi, dobrze napisanymi walkami i  w świetnie wykreowanym świecie przedstawionym. O ile same wymienione wcześniej czynniki to właściwie przepis na dobrą mangę i trudno to zepsuć, to Nihei pokazał, że się da – paradoksalnie, próbując tworzyć mangę uniwersalną, stworzył gniot, którego nie przeczyta raczej nikt.
Jadę po tych „Rycerzach…” jak kombajn, ale uczciwie muszę przyznać, że manga ta ma również dobre strony. Po pierwsze, komiks potrafi momentami wciągnąć – Nihei używa prostych, aczkolwiek bardzo skutecznych zabiegów fabularnych, które pozwalają czytelnikowi zaangażować się w lekturę. Po drugie, świat przedstawiony. Sidonia jako statek jest świetnie wykreowana, jest to bowiem miejsce niezwykle klimatyczne a zarazem ciekawe. Szczególnie scena na początku, kiedy główny bohater spaceruje po jej podziemiach, to praktycznie kwintesencja stylu Niheia. Poza tym pustelniaki, będące potworami, które po raz pierwszy mogliśmy znaleźć w „Abarze”, innej mandze autora, co jest naprawdę przyjemnym nawiązaniem – zresztą wydaje mi się, że gdyby Nihei stworzył zupełnie nowe monstra, na potrzeby tej właśnie mangi, byłyby to urocze, nagie rusałki duszące pilotów swoimi nogami, dlatego właśnie cieszę się, że chociaż potwory mamy tutaj na poziomie.
Panie autorze, pan chyba nie chce, żebym pana zbytnio chwalił. Ja tutaj mówię o plusach, a teraz kolej na bohaterów, którzy są jeszcze gorsi niż fabuła. Zacznijmy od naszego protagonisty, pana Nagate Tanikaze. Jego fajtłapowatość jest tak bardzo denerwująca, że czytając mangę miałem niesamowitą wręcz ochotę wcielić się w pustelniaka i nie zostawić po nim nawet skafandra. Pomijam nawet już jego oszałamiające teksty na podryw („Przepraszam, pewnie cuchnę… niedawno wymiotowałem…”) – ja wiem, że typo pół życia spędził w podziemiach na nudnych symulatorach, ale czy naprawdę Tsutomu Nihei, który zaserwował nam „Blame!”, które można interpretować na wszystkie możliwe sposoby i „Abarę”, mangę-zagadkę udowadniając w ten sposób, że traktuje swojego czytelnika jak osobę myślącą zaserwował nam… coś takiego? Pomijając już wyżej wspomniane cechy, Nagate nie wyróżnia się absolutnie niczym – czarnowłosy, cichy chłopiec, przejawiający tendencję do wpadania w dwuznaczne sytuacje i wymiotowania.
Reszta bohaterów prezentuje się tak samo jak nasz kochany Nagate. Przedstawiają oni bowiem wręcz wzorcowo najczęstsze schematy wykorzystywane we wszelkich komediach. Poza tym są oni tak miałcy i nieciekawi, że mimo usilnych prób nie zdołałem zapamiętać nawet ich imion. Większość z nich pełni rolę słodziutkiego haremu, dostawcy fanserwisu i wydaje mi się, że gdyby ich nie było, fabuła nie zmieniłaby się za bardzo.
Teraz kreska – wydawałoby się, że skoro to Nihei, wszystko powinno wyglądać po prostu niesamowicie. Nihei jednak postanowił całkowicie zrezygnować z tworzenia mangi seinen i zastąpił swój charakterystyczny styl, pełen szarpanych linii, niezwykłego operowania czernią i zapierających dech w piersiach kadrów na rzecz prostego, niezbyt estetycznego rysunku. Owszem, mamy tu odrobinę tego starego, dobrego Niheia, tej niepokojącej architektury, niekiedy nieśmiałego szarpnięcia długopisem, ale to już nie to samo. W „Sidonii” wszystko wygląda do bólu zwyczajnie – postacie rysowane są bez dokładniejszych szczegółów, prostymi liniami, ich mimika również jest dość czytelna. Oko zawiesić można na niektórych krajobrazach i sceneriach, aczkolwiek i one są niczym w porównaniu do stylu Niheia, który znamy z „Blame!”. Może nie powinienem patrzyć na „Sidonię” przez pryzmat tak dobrej mangi, ale nie oszukujmy się – Niheia stać na więcej, niż tylko nieestetyczną pustkę i gumowych bohaterów.
Wydanie, które zaoferowało nam wydawnictwo Kotori jest naprawdę solidne. Tomik ma lakierowaną, czarną obwolutę, 4 kolorowe strony (plus jeszcze jedną w postaci reklamy na końcu) i bardzo dobre tłumaczenie Tomasza Molskiego, który zadbał o naturalność wypowiedzi bohaterów jak i zgodność z pierwowzorem. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to tekst na kolorowych stronach, który dziwnie się zdeformował, co jak tłumaczy Kotori, jest winą drukarni.
Podsumowując, „Rycerze Sidonii” to jedna z gorszych mang, z jakimi miałem do czynienia. Nihei, autor niesamowitych dzieł próbował pocelować w mainstream – wyszło jak wyszło. Rozumiem zamysł – to miała być manga uniwersalna, łącząca fanów autora jak i osoby z zupełnie innym gustem. Przedsięwzięcie śmiałe i jak widać trudne. Czy polecam ostatecznie „Sidonię”? Niestety nie. To idealny przykład komiksu, który miał być dla wszystkich, ale ostatecznie jest dla nikogo. 


Autor: Tsutomu Nihei
Gatunek: shonen, SF
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 4/10
Fabuła: 4/10
Bohaterowie: 3/10
Grafika: 7/10