środa, 19 lipca 2017

Manhole #1

Komary to naprawdę irytujące stworzenia. Nie dość, że bzyczą i rozpraszają to jeszcze gryzą, co potem niemiłosiernie swędzi. Osoby siedzące w medycynie i biologii powiedzą, że najgorsze w tych owadach jest to, że przenoszą różne groźne choroby. Cóż, bohaterowie „Manhole” coś o tym wiedzą…
Podczas spokojnego, zimowego wieczoru na ulicy pojawia się nagi, mocno pokiereszowany mężczyzna. Wpadając na  nie spodziewającego się niczego złego Japończyka zostaje odepchnięty i na skutek uderzenia oraz wcześniejszych obrażeń umiera. Sekcja zwłok wykazała, że posiadał w sobie nowy gatunek pasożyta zwanego filarią, który może w łatwy sposób być przenoszony przez komary. Czy jednak na pewno znalazł się on w nim przypadkowo?
Po znakomitym „Prophecy” tego samego autora oczekiwałem wiele – może nawet zbyt wiele, bo „Manhole” to po prostu solidny, wciągający kryminał. Fakt, fabuła do najbardziej skomplikowanych nie należy i przy odrobinie logicznego myślenia łatwo możemy się domyśleć rozwiązania całej zagadki, poza tym dość szybko dowiadujemy się, kto jest sprawcą całego zamieszania, lecz nie przeszkadza to w czerpaniu radości z lektury. Przez większą część tomu autor stawia na rozrywkę, a nie poważniejsze elementy, co sprawia, że komiks jest idealną lekturą na wieczór po ciężkim dniu. Pozycja jest poza tym bardzo mroczna, co sprawia, że na wielu portalach otrzymała tag „horror” – mnie osobiście takie połączenie kryminału z odrobiną dreszczyku nie przeszkadza i moim zdaniem dodaje mandze smaczku.
Teraz przejdę do wad – najpoważniejszym zastrzeżeniem, jakie kieruję w stronę komiksu jest brak zaangażowania autora. Wydaje mi się, że chciał po prostu stworzyć prostą mangę, która trafi do raczej szerokiej grupy odbiorców i sprzeda się jak najlepiej. Nie widać tu nawet odrobiny tego absolutnego zaangażowania i emocji autora, które wręcz przepełniały „Prophecy”. Kolejnym minusem jest brak konsekwencji – sam Tetsuya zauważył chyba, że potraktował nieco po macoszemu swoją historię i próbował później dodać kilka  poważniejszych wątków i muszę przyznać, że wcale nie głupich. Jednak przy gore i mrocznym kryminale, którym w pierwotnym założeniu miał być komiks, te elementy wydały mi się totalnie nie pasować do reszty mangi i zamiast ją odratować, po prostu się zmarnowały. Gdyby od początku pan autor planował uczynić z historii coś więcej niż tylko sensacyjną opowieść z dreszczykiem dla masowego odbiorcy, tej niekonsekwencji nie byłoby i miałyby one sens.
Nie jest to jednak na pewno komiks zły. Trochę w nim niedociągnięć, jednak trzeba mu przyznać, że jako rozrywka sprawdza się bardzo dobrze. Odpowiednia doza dramatyzmu w połączeniu z nieco utartymi, ale ciągle sprawdzającymi się motywami to sprawdzona mieszanka i jeśli nie oczekujemy czegoś głębszego niż po prostu ciekawej, przyjemnej (o ile historię w której ludzie umierają w męczarniach z powodu straszliwych pasożytów niszczących ich od środka można tak nazwać) opowieści. Ma swoje wady, ale jeśli nasze wymagania nie są szczególnie wygórowane, raczej się szczególnie nie zawiedziemy.
Bohaterowie są… różni. Główny protagonista, policjant zwany Mizoguchi, to dość realistyczna, prosta postać z którą mimo wszystko łatwo nam się utożsamić. Właściwie nie wyróżnia go nic szczególnego, ot, typowy, zwykły mężczyzna. Ma chwilę słabości oraz momenty, w których bardziej kieruje nim impuls niż zdrowy rozsądek. To bohater bardzo naturalny i przy tym bardzo dobrze wykreowany – bez niepotrzebnych udziwnień, najzwyczajniejszy facet, którego można spotkać idąc ulicą . Dodaje  to historii nieco autentyczności i muszę przyznać, że właśnie jego prostota (która, całe szczęście, nie graniczy z nijakością) sprawiła, że ostatecznie go polubiłem i ciekawy jestem jego dalszych losów.
Z kolei jego asystentka, Inoue, to kreatura, którą chętnie ukatrupiłbym gołymi rękami (szczerze mówiąc do ostatniej strony miałem nadzieję, że autor celowo stworzył ją aż tak irytującą, żeby pod koniec uczynić z niej pokarm dla pasożytów). Skądś już ją znam – obrażalskie dziewczę z wiecznymi pretensjami, wprowadzające mimikę odrazy na zupełnie nowy poziom po zobaczeniu kilkunastu worków śmieci, a przy tym nieludzko chamskie. Skutecznie potrafiła zatruć mi przyjemność  czytania w paru momentach i nie mogę znaleźć powodu, dla którego autor, potrafiący stworzyć ciekawego, niegłupiego bohatera zafundował czytelnikom tak denerwujące dziewczę. Momentami ma przebłyski jakiejś tam względnej mądrości i raz czy dwa wpadła na jakiś pomysł, który mógłby świadczyć o jej głęboko zakopanej gdzieś inteligencji, ale ja chyba za taką inteligencję podziękuję i w dalszym ciągu będę uważał, że to wprost idealny pokarm dla pasożytów tudzież innych kreatur.
Protagoniści odhaczeni, teraz czas na Tego Złego – jego dokładnej tożsamości zdradzić Wam nie mogę bo będzie, że spoiler, powiem tylko, że on również prezentuje się dosyć miałko. To typowy szaleniec, któremu przyświeca konkretna, radykalna idea. Jego motywy są jasne i wyraźne, on sam kieruje się swoimi szalonymi poglądami i w zasadzie nie wzbudził we mnie żadnych konkretnych uczuć. Ot, kolejny złodupiec omamiony swoim straszliwym pomysłem, skądś już to znam. Jego kreacja z jakiegoś powodu, może i właśnie tej powtarzalności, jest zupełnie nieprzekonująca i nie ma w niej jakiejkolwiek grozy.
W recenzji „Prophecy” rozpływałem się nad szczegółową, dokładną kreską. Tutaj widzimy, że ten styl Tsutsui opanował dopiero z czasem. W „Manhole” mamy rysunki również realistyczne, ale o wiele mniej szczegółowe i zdecydowanie bardziej uproszczone. Dominuje tutaj czerń, mam wrażenie, że momentami w celu zamaskowania wad anatomicznych i niedoróbek – trzeba też wspomnieć, że w „Prophecy” nie było jej prawie wcale. Ma to wszystko swój styl i nad paroma kadrami można zawiesić oko, ale nie jest to jeszcze styl do końca wyrobiony. Przestanę jednak krytykować, w końcu od stworzenia tej mangi do „Prophecy” minęło siedem lat, więc oczywistym jest, że nie jest ona tak samo doskonała pod kątem rysunku. Poza tym całość prezentuje się naprawdę nieźle – rysunki potrafią być klimatyczne, rastry używane są umiejętnie i tylko tam, gdzie są niezbędne. Do minusów natury innej niż brak doświadczenia artysty można zaliczyć lenistwo – pojawiają się tu bowiem kadry, w których bohaterowie są rysowani zupełnie symbolicznie i składają się dosłownie z kilku rozmazanych kresek. Właśnie takie momenty przywodzą mi na myśl po prostu szkic, którego autor zapomniał poprawić. Generalnie jest jednak dobrze – jak na, z tego co wiem, drugi komiks pana Tsutsui wygląda to naprawdę porządnie.
O ile na wydania Studia JG zazwyczaj nie narzekam, tak tutaj mam parę zarzutów. Nowa drukarnia, z której usług korzysta to wydawnictwo, ma brzydką tendencję do robienia „łupieżu” na czerniach i czarnych kropeczek na białych planszach. Niekiedy też tusz był odrobinę rozmazany – cóż, JG wyraźnie nie ma szczęścia do drukarni. Obwoluta cała jest lakierowana – trochę szkoda, bo skrycie liczyłem na matową z lakierem wybranym, ale rozumiem, że wydawnictwo chciało aby wydanie prezentowało się podobnie jak to „Prophecy”. Tłumaczenie jest z kolei dobre – nie ocenię niestety zgodności z oryginałem, ale czyta się to wszystko bardzo przyjemnie, wypowiedzi bohaterów napisane są prostym i żywym językiem.

Podsumowując, po „Manhole” ostatecznie warto sięgnąć – to dobry, rozrywkowy komiks sensacyjny, który może nam naprawdę się spodobać jeśli nie nastawimy się na zbyt wiele. Jako pozycja, która ma nas odstresować po ciężkim dniu manga jest idealna – przymykając oko na niektóre wady otrzymamy po prostu przyjemny kryminał z dreszczykiem. Ja odrobinę się zawiodłem – może dlatego, że czytając cały czas w głowie miałem rewelacyjne „Prophecy”, które z recenzowaną tu mangą nie sposób porównywać – ale jeśli potrzebujecie przyjemnego czytadła w formie komiksu będziecie raczej zadowoleni.

Autor: Tetsuya Tsutsui 
Gatunek: kryminał, horror
Wydawnictwo polskie: Studio JG
Wydawnictwo japońskie: Square Enix

Ocena główna: 7/10
Fabuła: 7/10
Bohaterowie: 6/10
Grafika: 7/10

piątek, 9 czerwca 2017

Do Adolfów #2

Od dłuższego czasu na blogu pojawiały się jedynie opinie o pierwszych tomach danych mang, a to z prostej przyczyny – w kolejnych częściach jest zwykle zbyt mało materiału do recenzji i całość wychodzi średniawo. Kiedy jednak komiks ma ponad 600 stron, jest kolejnym tomem mangi, której wystawiłem 9,5/10 i stworzony został przez Osamu Tezukę, sprawa ma się odrobinę inaczej. Pozostaje więc pytanie – czy druga część „Do Adolfów” dorównuje pierwszej?
Zacznijmy jednak od początku, a mianowicie od Adolfa Kaufmanna, który nieszczęśliwie zakochał się w żydowskiej dziewczynie. Nie stanowi to dla niego dobrej sytuacji, bo kiedy ludzie z Adolf-Hitler Schule się o tym dowiedzą, będzie co najmniej po nim. Kiedy dowiaduje się więc, że 25 marca planowana jest masowa wywózka żydów, postanawia nie dopuścić do tego, aby jego miłość trafiła do obozu koncentracyjnego. Organizuje  ucieczkę, która pomoże dziewczynie oraz jej rodzinie uniknąć tego straszliwego losu. Sprawy jednak przybierają nieco inny obrót, a Adolf musi stanąć przed bardzo ważnymi decyzjami oraz przekonać się, czy bezgraniczne zaufanie do Führera na pewno ma sens…
Trzeba być Osamu Tezuką, żeby stworzyć taką mangę. Mangę, w której najróżniejsze, pozornie nie pasujące do siebie wątki przeplatają się ze sobą z gracją tworząc świetną fabułę. Mangę, w której autor potrafi z łatwością zamienić prostą scenkę humorystyczną w straszliwy dramat, mangę, od której na sposób niezwykle umiejętnego budowania napięcia nie sposób się oderwać. Historia ta jest stworzona bowiem po mistrzowsku, idealnie wyważona i skonstruowana, wciągająca a przy tym niezwykle realistyczna. Fabułę w drugim tomie należy pochwalić – Tezuka nie tylko zadbał o to, aby każde pytanie miało swoją odpowiedź i żeby cała historia była domknięta. Wprowadził również parę innych wątków ważnych  dla całości właśnie w drugim tomie i po mistrzowsku zakończył je, nie pozostawiając u czytelnika wrażenia niedosytu. Poza tym, mimo ciężkiej tematyki wojennej, autorowi udało się wpleść tu również wątki miłosne, które wypadają przekonująco i nie kojarzą się z tanią telenowelą. I może my podczas lektury tego nie dostrzegamy, ale po przeanalizowaniu mangi da się zauważyć, jak wiele godzin Tezuka spędził nad tym komiksem, aby był on po prostu perfekcyjny.
Mimo tego, że w przypadku drugiej części mangi fabuła jest nieco szybsza niż w pierwszej, całość jest spójna i nie znalazłem tu jakichkolwiek luk fabularnych. Mamy tu również parę umiejętnie napisanych zwrotów akcji, które dobrze użyte mogą bardzo przydać się historii, z kolei kiedy jest ich zbyt dużo, potrafią zniszczyć dane dzieło – tu jednak sprawiają one, że akcja mocno nabiera tempa, co prowadzi do zakończenia, które z kolei jest jednym z niewielu minusów mangi. Wydaje mi się odrobinę zbyt sztampowe i chociaż możliwe , że moje oczekiwania były zwyczajnie zbyt wysokie, to do zabiegu, który zdecydował się użyć Tezuka, mam parę zastrzeżeń – po tak świetnej, ciężkiej historii, którą zaprezentował nam autor, miałem nadzieję na coś nieco bardziej oryginalnego.
Generalnie w drugim tomie najbardziej skupiono się na postaci Adolfa Kaufmanna. Chłopak bowiem całkowicie poddaje się manipulacji Niemców i zamienia się w radykalnego nazistę. Gotowy jest wykonać każdy rozkaz swoich przełożonych oraz służyć w imię Hitlera. Poza tym przestaje szanować Żydów, co na samym początku stanowiło jego słabość. Kiedy jednak orientuje się, że Trzecia Rzesza powoli upada, a plany Führera są coraz bardziej bezsensowne, zaczyna powoli szaleć. Człowiek, któremu bezgranicznie ufał i którego traktował  jak wodza oraz wszystkie jego wartości, które pracownicy Adolf-Hitler Schule skrzętnie wpajali mu od dzieciństwa właśnie zaczęły umierać, a on nie mógł się z tym pogodzić. Zaczęły dręczyć go urojenia i halucynacje. Co więcej, odezwało się jego sumienie  i pamięć o wszystkich zbrodniach wobec  Żydów, których podczas swojej kadencji się dopuścił, nagle powróciła. I mimo tego, że przecież widzieliśmy , co robił, zaczyna nam być go po prostu żal. Tezuka wykreował bohatera genialnie, zadbał o jego profil psychologiczny tak, że postać jest realistyczna, a równocześnie sprawił, że mimo nienawiści, jaka stopniowo rodziła się do niego podczas czytania, ostatecznie go żałujemy. Świetne jest również obserwowanie jego stopniowej przemiany, na której przykładzie autor pokazuje, jak manipulowali swoich obywateli Niemcy. Trzeba w końcu wspomnieć, że Adolf na początku był przecież chłopcem, który do nazistowskiej szkoły pojechał wyłącznie z powodu woli swojego ojca, a sam próbował w każdy sposób przekonać go, że wcale nie chce się tam uczyć. Jego przygody zajmują większość drugiego tomu i jestem pełen podziwu dla Tezuki, który tak świetnie potrafił wykreować bohatera i stworzyć postać niejednoznaczną, która mimo swoich zbrodni potrafi wzbudzić u czytelnika współczucie.
Sohei Toge, który kontynuuje próbę upublicznienia dokumentów, przez które jego brat stracił życie, nie przeszedł szczególnej ewolucji. Dalej jest tym samym, zdeterminowanym Soheiem narażającym życie aby dopiąć swego. Przez te dwa tomy zdążyłem bardzo go polubić – facet jest uczciwą, prostą osobą, chociaż kiedy trzeba potrafi być bardzo konsekwentny. To bardzo silna psychicznie postać, która nawet mimo tego, co ją spotyka, nie załamuje się i walczy dalej. Podoba mi się też, że Sohei jest prostym, nieprzekombinowanym, nado ajzwyklejszym człowiekiem. Osobą, którą moglibyśmy spotkać zwyczajnie idąc na ulicy. Ma swoje atuty, ma też wady i słabości. To wszystko sprawia, że  bardzo łatwo się nam zżyć z nim i z jego problemami, chociaż są one odrobinę innego kalibru niż te nasze (w końcu nie każdy z nas codziennie ścigany jest przez gestapo).
Kreska również zbytnio się nie zmieniła – to wciąż te same realistyczne, chociaż odrobinę uproszczone twarze, duża dbałość o anatomię postaci, szczegółowe tła i wnętrza, a to wszystko z charakterystyczną dla Tezuki nutką retro. Równocześnie widzimy po praktycznie znikomej ilości jakichkolwiek błędów i bardzo estetycznych, równych kadrach ile pracy włożył w to wszystko autor i jak wiele musiało zająć samo narysowanie komiksu, nie mówiąc już o tworzeniu fabuły. Należy również wspomnieć o tym, że rastry, których zbytnie nagromadzenie często gubi daną mangę, tutaj używane są bardzo umiejętnie i stanowią idealne tło w momentach, w których nasze oczy nie mają skupić się głównie na postaciach.
Jeśli chodzi o polskie wydanie to zacznijmy od plusów – Waneko dodało bardzo dużo przypisów, głównie przy postaciach historycznych. Doceniam to, ponieważ to właśnie dzięki nim w niektórych momentach nie pogubiłem się w historii. Na końcu mamy krótką charakterystykę Tezuki oraz komentarz historyczny dotyczący prawdziwego pochodzenia Hitlera – oba artykuły napisane są przez Krzysztofa Wojdyło i stanowią naprawdę ciekawy dodatek. Papier jest biały a czernie czarne, wszystko zostało też solidnie zszyte i zamknięte w dobrze wykonanej twardej oprawie. Niestety grzbiet mangi niezbyt komponuje się z tym z pierwszego tomu – tam mamy swastykę na jednolitym, czerwonym tle, z kolei tu Gwiazda Dawida jest nie dość, że rozmazana to jeszcze nadrukowana na czymś podobnym do starego, pożółkłego papieru. Tłumaczenie czyta się bardzo dobrze, osobiście nie znalazłem żadnych zgrzytów i nie mam się do czego przyczepić. Poza tym cena – 60 zł za komiks wydany w twardej oprawie mający ponad 600 stron to naprawdę niedużo.

Podsumowując, „Do Adolfów” wydaje mi się jedną z najlepszych wydanych mang w Polsce. To genialnie skonstruowana, przejmująca historia, która mimo dużej ilości zwrotów akcji i nieco sensacyjnego charakteru w ostateczności pozostaje nieco raczej smutną, trudną opowieścią, z której przy odrobinie zaangażowania możemy wynieść bardzo wiele. Są mangi, które zapominamy od razu po przeczytaniu, są mangi „niby dobre”, ale podobne do setek innych. Są mangi, które chociaż dają nam nieco rozrywki i pozwalają się zrelaksować, raczej szybko przestaniemy o nich myśleć. Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś zupełnie innym i uważam, że komiks Osamu Tezuki mimo tego, że już pierwszej młodości nie jest, pozostanie w pamięci ludzi jeszcze na bardzo, bardzo długo.

Autor: Osamu Tezuka 
Gatunek: seinen, dramat, kryminał, historyczne
Wydawnictwo polskie: Waneko
Wydawnictwo japońskie: Bungei Shunjuu 

Ocena główna: 10/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 10/10
Grafika: 9/10


A za mangę oczywiście bardzo dziękuję Wydawnictwu Waneko :D

środa, 3 maja 2017

Hotel



Do mangowych zbiorów opowiadań podchodzę zazwyczaj z dużą rezerwą. Jako że autorzy mają wtedy zdecydowanie mniejsze pole do popisu zarówno pod względem fabuły jak i bohaterów,  tworzenie takiego komiksu może zakończyć się klapą. Kiedy jednak usłyszałem miliony  pochwał dotyczących „Hotelu”, w których parę razy moje oczy wyłapały pojęcie „pełnokrwisty seinen”, musiałem, po prostu musiałem sam przeczytać. Czy jednak żałowałem swojej decyzji?
Pierwsze opowiadanie, tytułowy „Hotel” zaczyna się od nieciekawej sytuacji, bowiem naukowcy dyskutują na temat nagłego podnoszenia się oceanów. Według ich obliczeń za około 200 lat temperatura na Ziemi będzie tak wysoka, że życie na niej będzie praktycznie niemożliwe. Postanowiono więc zbudować Arkę – statek, który poleci do oddalonej o 127 lat świetlnych galaktyki, na której jest szansa na przetrwanie. W Arce mają znajdować się kody DNA, które pozwolą na odtworzenie Ziemi. Jednak zanim zostanie ona stworzona, naukowcy planują zbudować wieżę na Antarktydzie, która pomieści w sobie DNA organizmów innych niż ludzie. Jej celem jest, jak to określa pewien uczony, „odkupić winy ludzkości”. Na jej straży ma stać Louis – komputer, którego zadaniem będzie chronić DNA i nie dopuścić do tego, aby stała mu się choćby najdrobniejsza krzywda.
Historia zdecydowanie nie jest tym, czym mogłaby się wydawać na pierwszy rzut oka. Na podstawie opisu możemy wywnioskować, że jest to ciężka, pełna polityki i terminologii opowieść. Nic bardziej mylnego, autor nie skupia się bowiem na fizycznych aspektach całości, a na postaci samego robota. Opowiadanie ma bowiem niezwykle oryginalną i zdecydowanie wychodzącą na plus formę pamiętnika maszyny, która opisuje najważniejsze wydarzenia i dokonania przy prowadzeniu nietypowego hotelu, którym oczywiście jest wieża. Dostrzegamy jego determinację i uczucia, tak, uczucia u robota, jego poświęcenie i zaangażowanie. Dostrzegamy też coś niekoniecznie pozytywnego, a mianowicie to, że „wpisy” pojawiają się coraz rzadziej oraz zwiastują nieuchronny koniec maszyny. Autor mangi (Boichi) opanował do perfekcji granie na emocjach i uczynił z historii poważny, pełen ukrytych między wierszami filozoficznych rozważań komiks. To opowiadanie  niesamowicie przejmujące, świetnie skonstruowane i poprowadzone, w którym idealnie wyważone są typowe dla seinenów polityczne aspekty z metafizycznymi refleksjami. Nawet nie zdajemy sobie sprawy kiedy zaczynamy kibicować Louisowi i każdą jego porażkę odczuwać tak boleśnie jak on.  Należy wspomnieć też o genialnym zakończeniu, któremu daleko do typowych happy endów i które jest idealną wisienką na torcie dopełniającą całą historię. Nie ma tu również wstawionych na siłę scenek humorystycznych ani niepotrzebnych wydarzeń, które psułyby efekt – mamy po prostu genialnego, idealnie napisanego seinena, w którym niezwykle trudno wskazać mi jakiekolwiek wady i mimo, że jest to tylko opowiadanie, podobało mi się o wiele bardziej niż niejedna  wielostronicowa manga. Więcej takich dzieł!
W drugim opowiadaniu, „Prezent”, poznajemy historię kobiety, która przez 2 miesiące pozostawała  w śpiączce. Po wybudzeniu i rozmowie z jej  mężem okazuje się, że wszystko, łącznie z nim, zapamiętała zupełnie inaczej. Jednak czy na pewno wszyscy są w stosunku do niej szczerzy?
„Prezent” jest historią krótką, ale bardzo treściwą a przy tym niezwykle dramatyczną. Nie podobała mi się aż tak bardzo jak „Hotel”, zapewne na skutek zupełnie innego typu historii i mniej oryginalnego pomysłu, ale ilość tragizmu oraz smutku zawartego w naprawdę niewielu stronach może po prostu powalić. Jak już pisałem, Boichi to mistrz w graniu na emocjach i w tym opowiadaniu jeszcze mocniej to podkreślił. Dodatkowo manga pełna jest miłości w najróżniejszej formie, miłości tak silnej, że w jej imieniu bohaterowie są w stanie znieść straszliwe cierpienia. Autor rozważa tu nad jej naturą oraz tym, jak wielką cenę może przyjść za nią zapłacić, co może wydawać się komuś odrobinę banalne, ale uwierzcie mi, w tym przypadku tak nie jest. Tak samo jak w przypadku „Hotelu” zakończenie jest po prostu genialne, idealnie domykające całą historię i tworzące jej perfekcyjne zwieńczenie.
Trzecia historia, „A wszystko to dla tuńczyka” utrzymana jest w zupełnie innym nastroju niż dwie pierwsze, opowiada ona bowiem o Junie, chłopcu, który zjadł ostatniego tuńczyka na Ziemi. Wiele lat po tym wydarzeniu, kiedy stał się już mężczyzną, dowiedział się, że jego tata sprzedał samochód, aby ten mógł chociaż raz w życiu spróbować owej ryby. Od wtedy postawił sobie za cel przywrócić tuńczyka do oceanów, nawet za cenę śmierci.
Mangowe komedie mnie nie śmieszą. Japońskie poczucie humoru uważam za dno i 5 metrów mułu. Nie licząc drobnych, naprawdę drobnych wyjątków, mangi ze słowem „komedia” w tagach omijam szerokim łukiem. „A wszystko to dla tuńczyka” było chyba jedynym tego typu komiksem, który niesamowicie wręcz mnie rozbawił i urzekł. Absurdalny, wręcz abstrakcyjny humor, bardzo prosta i jednowątkowa fabuła, to wszystko złożyło się na perfekcyjną, niezobowiązującą komedię, stanowiącą idealny relaks po dwóch pierwszych opowiadaniach. Żarty może nie są tu najinteligentniejsze, ale również nie prymitywne i sprawiają, że czytanie tego komiksu jest prawdziwą przyjemnością i jest on idealną lekturą po ciężkim dniu.
Czwartą i piątą historię nazwałbym bardziej eksperymentami niż pełnoprawnymi opowiadaniami. „Stephanos” opowiada o kobiecie, która mimo młodego wieku zaszła  w ciążę z żonatym mężczyzną. Szybko okazuje się jednak, że to, co na początku wydawało się uroczym dzidziusiem, wcale nim nie jest… W ostatniej opowieści, „Diadem” obserwujemy losy wojowniczki, która posiadając niewielką armię postanowiła zaatakować olbrzymie wręcz imperium. Czy jednak jej się to uda?
Obie historie są naprawdę specyficzne i zupełnie inne od poprzednich. „Diadem”, według mnie, powstał zapewne na skutek nagłej chęci autora do stworzenia krótkiej, heroicznej historii o walce i poświęceniu, jednak z powodu  jej długości (albo raczej krótkości) i niesamowitej wręcz prostoty fabularnej graniczącej z lenistwem, nie mogę powiedzieć, aby historia ta była chociaż dobra. Ma ona co prawda wielki potencjał ale zdecydowanie nie został on wykorzystany. Z kolei „Stephanos” to chyba najdziwniejsza manga jaką zdarzyło mi się czytać. Zaczynamy od czegoś mogącego zahaczać o tanią telenowelę, a kończymy na religii, pieczęciach i apokalipsie. Wszystko dzieje się tu tak szybko i niepłynnie, że można łatwo się pogubić. Po raz kolejny mankamentem jest również to, że historia jest niezwykle krótka. Boichi najpierw chciał chyba stworzyć pseudo-dramat, potem stwierdził, że lepsza będzie komedia (o czym mogą świadczyć nieśmieszne sceny humorystyczne, totalnie nie pasujące do klimatu opowieści i wpychane gdzie tylko się da), a potem postanowił, że apokalipsa jest jednak ciekawsza. Trudno mi uwierzyć, że te dwa opowiadania wyszły  spod ręki autora trzech pierwszych i dlatego uważam, że są to po prostu eksperymenty Boichiego – tylko odrobinę nieudane.
Komiks narysowany jest po prostu świetnie. Autor niezwykle umiejętnie łączy tradycyjny rysunek z grafiką komputerową, co daje niesamowity efekt. Swoich bohaterów rysuje dość realistycznie, lecz również charakterystycznie i ma swój określony styl, co dla mnie jest zdecydowanie plusem. Zręcznie używa rastrów i całe szczęście nie zastępuje nimi całego tła w  każdym kadrze  - pojawiają się one w bardziej dynamicznych momentach i takich, w których trzeba zwrócić uwagę czytelnika na emocje bohaterów. Dodatkowo, świetnie posługuje się on kolorem, co widać między innymi w pierwszej połowie „Hotelu” i „Diademie” – kolorowe strony w tej mandze wyglądają po prostu niesamowicie. Z wad? Może to, że czasami rysunki bohaterów są mocno uproszczone a ich mimika przerysowana. Mimo to jednak uważam rysunek w „Hotelu” za coś naprawdę świetnego.
Mangę w Polsce wydało wydawnictwo Kotori. Matowa obwoluta, 24 kolorowe strony, powiększony format, biała biel, czarna czerń i solidne klejenie – to wszystko składa się na cenę 30 zł, co w tym przypadku, patrząc na jakość wydania oraz samą treść nie jest szczególnie wysoką liczbą. Należy też wspomnieć o świetnym tłumaczeniu, bardzo naturalnym a przy tym wolnym od jakichkolwiek błędów językowych.
Podsumowując, według mnie naprawdę warto przeczytać „Hotel”. Pomijając ostatnie 2  opowiadania jest to świetna, głęboka pozycja, momentami dramatyczna i emocjonująca, idealnie napisana, trzymająca w napięciu i po prostu dobra. Może i ma parę mankamentów, ale zdecydowanie więcej zalet, dla których warto zaopatrzyć się w tę pozycję. I gwarantuję wam jeszcze jedno – po przeczytaniu już nigdy nie spojrzycie na tuńczyka w ten sam sposób…


Autor: Boichi
Gatunek: dramat, SF, seinen
Wydawnictwo polskie: Kotori
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 8,5/10
Fabuła: 8/10
Bohaterowie: ?/10 - to zbiór opowiadań, więc nie da się ocenić :C
Grafika: 9/10