czwartek, 12 stycznia 2017

Dogs: Bullets & Carnage #1



Tajemnicze miasto, z jeszcze bardziej tajemniczym podziemiem, tajemniczymi gangami i tajemniczą wieżą, tajemniczymi zabawami genami i ogólnie pełne tajemniczości. Skrzydlate i rogate dzieci, panienka zabijająca wszystkich wokół swoją kataną, białowłosy szaleniec z pogmatwaną przeszłością i rudzielec nie mogący wytrzymać bez nikotyny. Gdzie jesteśmy? Czy to kraina spaczonych czarów, czy to jakiś kiczowaty film? Nie, to świat mangi „Dogs: Bullets & Carnage”.
Muszę przyznać, że nie czytałem prologu do mangi, czyli „Dogs: Stray Dogs Howling in the Dark”, co nie zmienia faktu, że przy „Pieskach” bawiłem się świetnie. Fabuła? A co to takiego? Tak naprawdę mamy tam w sumie jakiś tam rozwój wydarzeń, o którym wspomnę niżej, ale to tylko pretekst do widowiskowych strzelanin i gry konwencją. Autor nie bierze wszystkiego w mandze na poważnie – jest tu sporo dystansu, humoru zahaczającego o parodię a nawet autoparodię, a przede wszystkim efektownej sieki. Walki to prawdziwa przyjemność – brutalne, ale bez niepotrzebnego zadęcia, nieco przejaskrawione, pełne czarnego humoru, a przy tym spektakularne i widowiskowe. Owszem, może to wszystko kogoś zrazić, ale wydaje mi się, że w tym przypadku to rozrywka i nawet nie tak bardzo prymitywna jak w przypadku innych mang z takim stężeniem sieki, ponieważ przeplatana rzeczywiście zabawnymi wstawkami. Należy wspomnieć, że nieraz jest to humor opierający się na wyśmiewaniu tego typu komiksów . Jednak sama strzelanina, nawet bardzo efektowna, przez 11 tomów to za dużo, więc autor zadbał również o wątek główny, czyli inżynierię genetyczną, której doświadczył główny bohater. Watek ten, chociaż ciekawy, oparty jest na bardzo prostych schematach i zdecydowanie nie jest główną siłą mangi. Nie oszukujmy się, najsolidniej  skonstruowany to on nie jest i służy głównie temu, żeby czytelnik z zaciekawieniem sięgał po kolejne tomy i żeby ciągłe strzelaniny go nie zanudziły.
Należy również wspomnieć o tym, że dzieło można czytać na dwa sposoby: zależnie od tego, jak je odbieramy jest to albo pełna czarnego humoru, brutalna i pełna przemocy manga gangsterska, albo zabawna parodia właśnie gangsterskich mang. Jest też możliwość odbioru jej jako coś pomiędzy, czyli  zakręcony komiks gangsterski z elementami parodii.
Jednak „Dogs” nie jest tytułem bez wad. Momentami, szczególnie na początku, nie za bardzo wiemy co się dzieje, tu jakieś dzieci, tam się strzelają, ten facet umiera, ten drugi zastanawia się nad sensem istnienia, jednak potem, na skutek bardziej przejrzystego rozwoju fabuły, możemy się w tym jakoś połapać. Do mangi trzeba się również odpowiednio nastawić – dla przykładu po raz pierwszy czytałem komiks, już zresztą jakiś czas temu, który, jak głosiła pewna stronka, miał być mocnym seinenem. Nietrudno się domyślić, że gdy dostałem zamiast polityki i psychologii po prostu strzelaninę, w dodatku bez ładu i składu i taką, w której nie wiem co się dzieje (to właśnie ten nieszczęsny pierwszy rozdział), rzuciłem mangę w kąt i wróciłem do niej po jakimś czasie i z innym nastawieniem – wtedy dopiero doceniłem, jak dobrym tytułem są „Pieski”.
Postacie trudno ocenić po pierwszym tomie. Heine, główny bohater, ma jakąś tajemniczą przeszłość, to wiemy na pewno. Ludki, które chcą go zabić, wypominając mu zdradę, tajemnicza obroża na jego szyi, której próbuje się pozbyć… Poza tym mężczyzna jest trochę zamknięty w sobie, umie świetnie walczyć i wykorzystuje dość… nietypowe techniki.
O Badou, rudowłosym gościu z przepaską na oku bardzo mało wiemy poza tym, że uwielbia nikotynę i wpada bez niej w szał. On z kolei z inżynierią genetyczną, w przeciwieństwie do Heinego, nie miał do czynienia.
Na drugim planie również nie mamy nikogo, o kim  można by powiedzieć coś sensownego. W pierwszym tomie „Dogs” bohaterowie nie są na tyle rozbudowani, aby coś o nich pisać. Trochę szkoda, bo to właśnie w pierwszym tomie powinni być przedstawieni i opisani, ale zrzućmy to na fakt, że być może tak właśnie było w prologu, którego nie czytałem.
Warto wspomnieć jednak o genialnych projektach postaci. Dawno nie czytałem komiksu z tak zaprojektowanymi postaciami, za to przynajmniej Nobel się należy! Bohaterowie są bardzo kolorowo i szczegółowo ubrani, a równocześnie bardzo specyficznie – łańcuchy, obcisłe stroje, najdziwaczniejsze przepaski na oczy, kolory włosów postaci – to wszystko o dziwo się ze sobą komponuje, daje niezwykły efekt  i widać, że projektowanie bohaterów było dla autora czystą frajdą. Szkoda, że manga jest tak mało popularna, bo chętnie zobaczyłbym cosplayerów w tych strojach.
Teraz kreska, czyli coś, bez czego Pieski nie byłyby Pieskami. W mandze autor bawi się rysunkiem tworząc najróżniejsze dziwactwa, jak na przykład postacie wyglądające, jakby miały anoreksję. Ostre, kanciaste linie, bardzo ładne i szczegółowe twarze bohaterów, rysowane z komiksowymi uproszczeniami a równocześnie dość realistyczne, niezwykłe, brutalne sceny walki, celowo przerysowana mimika postaci… Styl Shirow Miwy jest nie do pomylenia z żadnym innym, a do „Dogsów” pasuje idealnie. Należy dodać do tego jeszcze przejrzyste kadrowanie i bardzo szczegółowe i dokładne rysowanie broni. Z wad – często autor zapomina o narysowaniu tła, co skutkuje psychodeliczną pustką.
Mangę w Polsce wydało Waneko. Lakierowana obwoluta (swoją drogą naprawdę ładna, utrzymana w różnych odcieniach czerwieni), 6 kolorowych stron, powiększony format, biały papier, czarne czernie, brak łupieżu – można przyczepić się jedynie do tego, że spora część onomatopei jest niewyczyszczona, ale w przypadku „Dogsów”, gdzie czasami przez 8 stron mamy po prostu „bang bang” na pół kadru, wcale się nie dziwię. Należy również wspomnieć o tłumaczeniu – wypowiedzi bohaterów wręcz roją się od soczystych zwrotów a język generalnie nie należy do najgrzeczniejszych. Dodaje to  mandze realizmu a czytanie tych wszystkich wymyślnych serii wyzwisk to prawdziwy ubaw.
Podsumowując – jeśli szukacie mangi, w której dzieci z rogami i skrzydłami ukrywają się w kościołach przed bandytami, w której białowłosy typek z obrożą na szyi zabija wszystkich złych, w której rudzielec z bajerancką przepaską jest uzależniony od nikotyny do tego stopnia, że jego ostatnim życzeniem jest papieros – polecam Wam z czystym sumieniem Pieski. Jeśli szukacie tytułu, który możecie czytać przy żelkach imbirowych i herbatce, nie musieć przy okazji rozmyślać nad sensem egzystencji i innymi problemami, również polecam. Jako po prostu czystą rozrywkę szczególnie. Bo „Dogs” to dobra manga. Pistolety są, broń biała jest, gangi są, zabawy genami są – czego chcieć więcej?



Autor: Shirow Miwa
Gatunek: seinen (rzekomo), science fiction (rzekomo), dramat
Wydawnictwo polskie: Waneko
Wydawnictwo japońskie: Shueisha  

Ocena główna: 8/10
Fabuła: 8/10
Bohaterowie: 6/10
Grafika: 8/10


PS Przepraszam Was za przytłumioną kolorystykę obrazka, ale te z intensywnymi kolorkami udało mi się znaleźć tylko w bardzo złej jakości. :(

niedziela, 1 stycznia 2017

Hideout



Jaskinie… Są mroczne, kryją się w nich najstraszliwsze potwory, przesiąkają wilgocią, nie ma z nich wyjścia a i tak tępi bohaterowie horrorów włażą do nich i mają potem problem. Motyw ten jest już tak ograny, że wydawałoby się, że nie można z niego już nic wycisnąć. Ale czy na pewno?
Seiichi Kirishima jest podrzędnym pisarzem. Wraz z żoną wyrusza w podróż, dzięki której razem mają „zacząć wszystko od nowa”, jednak każdy z nich inaczej to rozumie… Na wyspie, na którą przyjechali, Seiichi próbuje zamordować żonę. Przez to makabryczne wydarzenie zostają oni uwięzieni w jaskini razem ze straszliwym potworem…
Więcej tak skonstruowanych mang. „Hideout” nie jest prostym, sztampowym horrorem – to pełna szaleństwa i paranoi mroczna, klimatyczna opowieść o mężczyźnie, który pragnął jedynie mieć normalną, szczęśliwą rodzinę. Fabuła jest przeplatana retrospekcjami z dawnego życia Seiichiego - nie jest to zabieg bezcelowy, ponieważ dzięki temu zaczynamy dostrzegać jego motywy, które doprowadziły do próby morderstwa żony i zastanawiamy się nagle, kto tu jest tym złym? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo jako, że na początku uważamy Seiichiego za bezdusznego mordercę, tak po lekturze komiksu możemy jednak zastanowić się, czy na pewno tak jest. Kakizaki, swoją drogą autor świetnego „Green Blood”, bawi się z czytelnikiem, mieszając mu w głowie i to, kto jest tym złym w komiksie zależy wyłącznie od nas.
Przejdźmy do tego, za co najbardziej kocham „Hideout” – klimat. Mroczna jaskinia, dużo czerni, pełne grozy napięcie, paranoja dotykająca bohaterów, wszystkie te elementy składają się na przytłaczający, straszliwy nastrój towarzyszący czytaniu. Już nawet olać sceny gore, bo te bez klimatu potrafiłyby najwyżej rozśmieszyć, a w połączeniu z atmosferą mangi rzeczywiście potrafią mocno zaniepokoić. Dodatkowo nie polecam tego komiksu osobom cierpiącym na klaustrofobię – ciasne pomieszczenia w jaskini, wrażenie osaczenia… A wszystko to, jeszcze raz napiszę, oblane czernią wylewającą się wręcz z kadrów i chociaż wszechobecną, nie zakłócającą czytelności komiksu, a jedynie potęgującą i podkreślającą mroczny klimat mangi.
W komiksie obserwujemy również stopniowe szaleństwo ogarniające Seiichiego. W życiu zawsze miał pod górkę, dochodziły coraz to nowsze problemy, aż w końcu nie wytrzymał i postanowił zabić żonę. Potem, w jaskiniach, osaczony i żyjący z ciągłym strachem i jutrem w postaci wielkiej niewiadomej stracił resztki rozsądku i pogrążył się w szaleństwie..
Fabuła, jak widać, jest naprawdę świetna, więc jak z bohaterami? Mamy ich w gruncie rzeczy niewielu. Seiichi to pan, mający bardzo ciężkie życie, a pragnący jedynie ciepłej i kochającej rodziny. Starał się, aby zagwarantować jej dobrobyt, jednak kolejne wydawnictwa odrzucające jego książki nie pomagały mu w tym. Od tego wszystko się właśnie zaczęło. Marzący o klasycznym modelu rodziny idealnej nie dostrzega, że to w jego przypadku niemożliwe i pogrąża się coraz bardziej, ślepo wierzący, że będzie lepiej. Na początku wydaje się nam, że to okaz najgorszy z możliwych, w scenie gdzie wśród deszczu goni swoją żonę, Miki z kluczem płaskim w dłoni, jednak potem retrospekcje pokazują nam, że…
…może i ona jest winna? Dowiadując się coraz więcej o jej zachowaniu, widząc w niej najpierw jedynie biedną kobietę uciekającą przed obłąkanym mężem, zmieniamy do niej radykalnie podejście. Widzimy, jak pogrążała Seiichiego, jak obwiniała go o rzeczy, które nie były jego winą, jak zwalała na niego odpowiedzialność za wszystko, jak śmiała się z niego… On jednak, jak już wyżej pisałem, nie zwracał na to uwagi, chcąc zapewnić jej wszystko, czego chce, aby mogli stworzyć udaną rodzinę. Miki coraz bardziej się nad nim pastwiła, ale w pewnym momencie jednak przesadziła – to sprowokowało Seiichiego do tego, co później zrobił.
Oprócz tego mamy jeszcze dziecko pary – Juna. Chłopczyk, a raczej (tutaj mały spoiler, kto nie chce czytać niech przeskoczy do następnego akapitu!) jego śmierć okazała się dla Miki idealnym argumentem do mieszania Seiichiego z błotem. Uznaje, że to on jest temu winny i że to w stu procentach jego wina. Na drugim planie jest również tajemniczy mieszkaniec jaskiń, ohydna kreatura aczkolwiek człowiek, który więzi bohaterów w jaskini. Jego tożsamość poznajemy na końcu – chociaż można było się spodziewać, kim naprawdę jest, to i tak bardzo podoba mi się scena, w której to odkrywamy.
Z kolei zakończenie – mistrzostwo. Dawno nie czytałem mangi, która skończyłaby się w taki sposób i nie mówię tu o epilogu tylko o ostatniej scenie. To idealne podsumowanie całej historii – mroczne, efektowne, przerażające, a równocześnie szokujące i niespodziewane, a przy tym sensowne i trzymające się kupy.
Grafika to miód dla oczu. Kakizaki jest bez wątpienia jednym z najlepszych rysowników mang. Kreska jest naturalistyczna i realistyczna, a umiejętne kadrowanie, cienie i czernie dodają smaku historii. Jegomość żyjący sobie w jaskini jest narysowany przepięknie, a jednocześnie odrażająco, co łatwą sztuką nie jest. Scena w deszczu na początku? Cudowna. Efekty liniowe również się pojawiają i nadają historii klimatu. Myślę, że gdyby nie styl rysunku pana Kakizakiego, historia znacząco straciłaby na swojej atmosferze i mroku. Krew leje się często, a elementów gore również mamy sporo. I po raz czwarty chyba napiszę… ta czerń, wylewająca się z kadrów…
Polskie wydanie od wydawnictwa JPF to również cudo. Matowa obwoluta, przepiękna okładka, 8 kolorowych stron, smoliste czernie, bielutki papier, solidne klejenie… można by wymieniać w nieskończoność. Należy również pochwalić tłumaczenie Pawła Dybały – język jest naturalny i pełen mięsistych zwrotów, które w sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie wyjątkowo są na miejscu.
Na pewnej wyspie znajduje się jaskinia. Ciemna, mroczna jaskinia. Istnieją w niej byty, które dawno powinny zginąć, żyją tam dzieci, które poszukują swoich mam zamkniętych w celi obok i torturowanych. Żyją tam ludzie, którym w życiu się nie poszczęściło. Wpadają w mordercze, błędne koło, w straszliwe sidła śmierci. Zapraszamy Cię do nas. Jest nam smutno. Dołącz do nas. Bądź z nami. Pomóż nam. Założysz z nami szczęśliwą rodzinę, będziemy się wzajemnie wspierać. Przyjdź… do… nas… Dołącz… augh!... do…nas…Przyjdź… do… nas… Dołącz… do… nas…


Autor: Masasumi Kakizaki
Gatunek: horror, dramat, obyczajowy
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Shogakukan

Ocena główna: 9/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 8/10
Grafika: 10/10


czwartek, 29 grudnia 2016

O powrocie do życia słów kilka

Miałem powrócić, miało być tak pięknie i co? I nic nie wyszło, bo napisałem jedną recenzję i znów umarłem. Ale kto powiedział, że umarłego nie da się wskrzesić? Dlatego właśnie piszę ten post - to nie koniec bloga! To, czego świadkami byliście przez najbliższy okres, nie jest niczym w stylu "tojużkoniecaleniemamodwagiżebytoprzyznać" (aż mi się przypomniało jedno wydawnictwo mangowe...), a kilkumiesięczną przerwą, po której powrócę ze zdwojoną siłą! A kiedy znów będą posty? Obstawiam początek lutego, bo wtedy przyjdzie mi paczka z mangusiami, ale nic nie wiadomo, bo jeszcze wena i te sprawy, a ta ostatnio była dość kapryśna. A więc powracam, ale jeszcze nie teraz, w każdym razie - żyję i będę żył! :D