poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Oblubienica Czarnoksiężnika #1


Skrzydlate, nagie wróżki, zamieniająca się w fokę bogini porządków domowych, koleś z bawolą czaszką zamiast głowy. Smoki stające się drzewami, gadające koty oraz kartki papieru zamieniające się w bliżej nieokreślone stworzenia. Gdzie my właściwie jesteśmy? Czy to już naprawdę koniec wszechświata? Nie powiedziałbym, jest to bowiem uniwersum mangi… obyczajowej, czyli „Oblubienicy czarnoksiężnika”!
Chise Hatori, pomimo młodego wieku, ma zapewne ciekawsze życie niż niejedna czytająca to osoba. Dziewczyna bowiem widzi wróżki i inne magiczne stworzenia, których dostrzegać nie powinna. Jakby tego było mało, w wieku 15 lat zostaje sprzedana na aukcji za naprawdę grube pieniądze panu, który zamiast głowy wybrał dużo praktyczniejsze rozwiązanie – bawolą czaszkę. Owy jegomość na początku ogłasza, że ta stanie się jego uczennicą oraz później… żoną.
Zapewne większość z was to wie, ale ostatecznie muszę to napisać – „Oblubienica…” to nie parodia tanich hentajów ani efekt dziwacznych fetyszy autorki, tylko bardzo ciepła historia obyczajowa utrzymana w klimatach fantasy , która zdecydowanie nie jest tym, czym mogłaby się  wydawać na pierwszy rzut oka. Zacznijmy od plusów mangi – klimat. Autorka, jak widać, bardzo dokładnie i szczegółowo zgłębiła temat fantasy i użyła tu najróżniejszych stworów z folkloru i legend, między innymi wspomnianą wyżej boginię porządków domowych. To świat, w którym w wysokich górach żyją ukryte głęboko smoki, spacerując po lesie możemy natrafić na krainę wróżek, a magia umożliwia naprawdę wiele, na przykład teleportację.  Atmosfera starych mitów i wierzeń daje tu niesamowity efekt i pozwala jeszcze lepiej wczuć się w historię. Pod tym względem „Oblubienica…” może spokojnie rywalizować z nawet najbardziej znanymi klasykami fantasy.
Należy wspomnieć również o tym, że mangę czyta się świetnie. Może nie jest ona mistrzostwem jeśli chodzi o fabułę, ale to jeden ze zdecydowanie najprzyjemniejszych, niezobowiązujących komiksów, z jakimi miałem do czynienia. To idealna lektura na wiosenne popołudnie, wraz z imbirowymi żelkami i herbatką. Nie ma tu głębokich dramatów i rozważań nad sensem ludzkiej egzystencji – jest przyjemna historia, która toczy się powoli i nie wymaga szczególnego skupienia, zaś stanowi świetną wręcz rozrywkę i odpoczynek.
Tutaj jednak zaczynają się schody, bowiem należy wspomnieć również o paru minusach. Między innymi fabuła – w pierwszym tomie  nie mamy nawet wskazówki, jak wyglądać będzie wątek główny. Cały tomik składa się z paru luźno powiązanych ze sobą historyjek dotyczących życia Chise i Eliasa (bo tak nazywa się owy pan z krowią czaszką zamiast głowy). Owszem, są one klimatyczne i biorą w nich udział naprawdę ciekawe postacie, ale przynajmniej dla mnie jest to trochę za mało i nie nazwałbym tego do końca fabułą. Książka lub manga powinna chociaż w minimalnym stopniu wciągać, a tutaj, na skutek konstrukcji historii zaczyna ona dość szybko nudzić. Teoretycznie można by jednak powiedzieć, że pierwszy tom to dopiero wstęp do całości i powinien zawierać przedstawienie bohaterów i uniwersum, a nie konkretne wydarzenia – też prawda, ale historyjki w „Oblubienicy…” nawet nie spełniają tej funkcji – po przeczytaniu całości większość moich informacji na temat bohaterów pochodziła z dwóch pierwszych rozdziałów, które jako jedyne nie były – tutaj muszę niestety użyć tego słowa, chociaż wydaje mi się, że ma ono odrobinę zbyt negatywny wydźwięk – zapychaczami. Bo jak inaczej nazwać opowiastki, które nie wnoszą nic do historii, a zajmują połowę tomu?
Trochę pomarudziłem, to teraz czas przejść do kolejnych zalet komiksu. Bohaterowie są skonstruowani naprawdę świetnie. Chise jest zupełnie inną postacią, niż mogłaby się wydawać, po pierwsze – myśli logicznie. Nie oszukujmy się, sytuacja jest beznadziejna, została ona  sprzedana na aukcji osobie, o której nie wie nic. Ona jednak, zamiast rozpaczać, stara się wytrzymać, bo co innego może zrobić? Widzi też, że nie ma sensu fochać się na Eliasa, bo logicznie rzecz biorąc miała ogromne szczęście, że trafiła na kogoś w miarę normalnego (pomińmy już tę krowią czaszkę…) a nie kogoś, kto chce ją wykorzystać albo użyć do pracy. Poza tym, co by jej to dało? Widać też, że facet się stara zapewnić jej normalne warunki do życia, co Chise docenia. Jak miło wreszcie trafić na główną bohaterkę, która nie pasuje  ani do schematu typowej tsundere, ani biednej pokrzywdzonej przez los bohaterki z tak zwaną dephesją. Owszem, dziewczyna ma w życiu pod górkę, jednak nie użala się nad sobą i stara się dalej normalnie funkcjonować. Jest skonstruowana bardzo realistycznie, posiada dość zrównoważony, spokojny charakter – śmiało mogę stwierdzić, że pani Kore Yamazaki ta kreacja niezwykle się udała. Z różnych Lemurillowych źródeł dowiedziałem się, że ludziom potrzeba „ogarniętej” bohaterki shojo i chociaż „Oblubienica…” shojo na pewno nie jest (swoją drogą bardzo trudno komiks ten przydzielić do jakiejkolwiek kategorii), to  bohaterka ogarnięta jest wyjątkowo. (dałbym tu „XD” ale to ma być poważna recenzja .-.)
Elias to bohater niezwykle tajemniczy. Wydaje się mieć dobre serce, bardzo dobrze opiekuje się Chise i o nią dba, aczkolwiek z szeptów między kadrami i krążących pogłosek możemy wywnioskować, że jednak najświętszy to on nie jest. Ma on bowiem bardzo wielu wrogów i nie krąży o nim zbyt dobra opinia publiczna. Poza tym, mimo wszelkich niepewności, Chise w końcu mu ufa – facet ewidentnie chce dla niej dobrze i pomaga jej w trudnych sytuacjach. Jego kreacja nieco przypomina mi Bestię z „Pięknej i Bestii”, wydaje mi się, że mógł być tą postacią inspirowany – różni się on z kolei mroczniejszą przyszłością i charakterem, aczkolwiek możliwe, że jego pierwotna wizja opierała się właśnie na tym bohaterze.
Teraz czas na kreskę, czyli coś, co w mandze szczególnie mnie urzekło. Owszem, momentami mignie nam jakaś mocno skrzywiona twarz lub ręka zagięta pod nieco dziwnym kątem, lecz trzeba autorce przyznać, że w komiks włożyła ogromną ilość pracy. Idealnie oddane tła, krajobrazy, miejsca – wszystko to wygląda nie dość, że niezwykle realistycznie to jeszcze ma w sobie coś w rodzaju specyficznej magii… Nietypowe, dynamiczne kadrowanie oraz nakładane z wyczuciem rastry sprawdzają się w intensywniejszych akcjach, z kolei pieczołowicie rysowane tła oraz prosty układ kadrów są idealne w spokojniejszych momentach. Należy również pochwalić barwne projekty postaci (nie tylko tych ludzkich), które świetnie pasują do ich charakterów a poza tym są stworzone z niezwykłym wyczuciem, nie przesadzone ale również nie nudne. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to anatomia, która w niektórych momentach  mocno kuleje, tak samo jak pojawiające się czasami bardzo dziwne zabawy perspektywą.
Mangę w Polsce wydało Studio JG. Jak zwykle w przypadku tego wydawnictwa wszystko dostaliśmy w najwyższej jakości (co jak co, ale JG mangi wydaje pierwszorzędnie) – obwoluta z lakierem wybranym, biały papier, czarne czernie, świetne, żywe a zarazem naturalne tłumaczenie oraz solidne klejenie. Za to wszystko przychodzi nam zapłacić nieco więcej, niż zwykle, bo 23 złote, ale jeśli manga jest dobra i dobrze wydana, to raczej zakupu nie pożałujemy.
Podsumowując, „Oblubienica…” to bardzo przyjemna, niezobowiązująca historia obyczajowa, której dziejąca się w niespiesznym tempie akcja przypadnie do gustu miłośnikom spokojniejszych komiksów. Trzeba też przyznać, że relacja Chise i Eliasa ma potencjał i jeśli całość zostanie odpowiednio rozegrana, manga może okazać się prawdziwym hitem. Owszem, posiada ona parę luk fabularnych i niedociągnięć, ale w ostatecznym rozrachunku można przymknąć na to oko - jeszcze Elias się dowie, że mamy coś do mangi o nim, a wtedy będzie nieciekawie…


Autor: Kore Yamazaki
Gatunek: fantasy, obyczajowe
Wydawnictwo polskie: Studio JG
Wydawnictwo japońskie: Mag Garden

Ocena główna: 7/10
Fabuła: 6/10
Bohaterowie: 8/10
Grafika: 8/10



piątek, 31 marca 2017

Rycerze Sidonii #1



Niektórych rzeczy po prostu nie da się wyjaśnić. Zaczynając od tych poważniejszych, jak wszelakie cudy i objawienia, które rzekomo miały miejsce, przez te bardziej życiowe przykłady, jak to, czemu piosenka jakiegoś Dżejkoba Satoriusa o swetrze ma 606 tysięcy łapek w górę. Jednak pozwólcie, że przedstawię wam coś jeszcze trudniejszego do zrozumienia. Mamy mangę, a w niej ciekawie skonstruowany świat przedstawiony, kosmos, pustelniaki i niezwykłą, charakterystyczną kreskę. A, i nazwisko Niheia na okładce. Jakim cudem można było to zepsuć? Postaram się wyjaśnić to w poniższej recenzji.
Sidonia jest gigantycznym statkiem-arką, który dryfując w kosmosie ostatecznie ratuje gatunek ludzki przed zagładą. Pustelniaki, tajemnicza rasa straszliwych potworów, doszczętnie zniszczyła bowiem Układ Słoneczny. Nagate Tanikaze poznajemy, kiedy ten, wychodząc z symulatora pilotażu, idzie ukraść ryż. Na skutek niefortunnego, a może  właśnie fortunnego przypadku odkrywa, że miejsce, w którym dotąd żył, nie jest nawet cząstką ogromnej Sidonii, o której, żyjąc odizolowany od świata w jednej kabinie, nie miał bladego pojęcia. Potem jednak, kiedy pojawiają się pustelniaki, przestaje być tak wesoło – Tanikaze musi bowiem przetrwać, co w tym przypadku nie jest takie proste.
Powróćmy do pytania ze wstępu – co poszło nie tak? Zacznijmy od fabuły. Pan Tsutomu Nihei, znudzony widocznie ciężkimi seriami wyróżniającymi się niezwykle gęstym klimatem, postanowił stworzyć coś, co trafi do szerszego grona  odbiorców, a przy okazji zachować swój niepowtarzalny styl. Wyszło to, według mnie, fatalnie. Dla przykładu, na początku obserwujemy bohatera spacerującego po niesamowitych miejscach, praktycznie czujemy ten Niheiowy klimat, aż tu nagle bum! nasz biedny Nagate trafia w sam środek dwuznacznej, fanserwiśnej sceny. Schematy i zabiegi fabularne znane nam ze szkolnych komedii i głupkowaty humor to coś, czego w żaden sposób nie połączy się z atmosferą seinena. Tutaj widzimy, że autor się starał, starał ale nie wyszło. Nie sugerujcie się nazwiskiem Niheia na okładce – mamy tu do czynienia bowiem z najprostszą możliwą fabułą, pełną dramatów i zawirowań, które znamy już do bólu z niejednej serii szkolnej, walki ze złymi i niedobrymi monstrami, bohatera, który tak strasznie irytuje swoją niezdarnością, że nawet nie ukrywamy tego, że bardziej kibicujemy pustelniakom niż jemu, i słodziutki haremik, w tym trzecią płeć (Nihei powinien uczyć Urushiharę, jak wykorzystywać klimaty SF do robienia ecchi-sytuacji), co prowadzi do miliona niezręcznych sytuacji. A wszystko to w mrocznym klimacie, z elementami politycznymi, dobrze napisanymi walkami i  w świetnie wykreowanym świecie przedstawionym. O ile same wymienione wcześniej czynniki to właściwie przepis na dobrą mangę i trudno to zepsuć, to Nihei pokazał, że się da – paradoksalnie, próbując tworzyć mangę uniwersalną, stworzył gniot, którego nie przeczyta raczej nikt.
Jadę po tych „Rycerzach…” jak kombajn, ale uczciwie muszę przyznać, że manga ta ma również dobre strony. Po pierwsze, komiks potrafi momentami wciągnąć – Nihei używa prostych, aczkolwiek bardzo skutecznych zabiegów fabularnych, które pozwalają czytelnikowi zaangażować się w lekturę. Po drugie, świat przedstawiony. Sidonia jako statek jest świetnie wykreowana, jest to bowiem miejsce niezwykle klimatyczne a zarazem ciekawe. Szczególnie scena na początku, kiedy główny bohater spaceruje po jej podziemiach, to praktycznie kwintesencja stylu Niheia. Poza tym pustelniaki, będące potworami, które po raz pierwszy mogliśmy znaleźć w „Abarze”, innej mandze autora, co jest naprawdę przyjemnym nawiązaniem – zresztą wydaje mi się, że gdyby Nihei stworzył zupełnie nowe monstra, na potrzeby tej właśnie mangi, byłyby to urocze, nagie rusałki duszące pilotów swoimi nogami, dlatego właśnie cieszę się, że chociaż potwory mamy tutaj na poziomie.
Panie autorze, pan chyba nie chce, żebym pana zbytnio chwalił. Ja tutaj mówię o plusach, a teraz kolej na bohaterów, którzy są jeszcze gorsi niż fabuła. Zacznijmy od naszego protagonisty, pana Nagate Tanikaze. Jego fajtłapowatość jest tak bardzo denerwująca, że czytając mangę miałem niesamowitą wręcz ochotę wcielić się w pustelniaka i nie zostawić po nim nawet skafandra. Pomijam nawet już jego oszałamiające teksty na podryw („Przepraszam, pewnie cuchnę… niedawno wymiotowałem…”) – ja wiem, że typo pół życia spędził w podziemiach na nudnych symulatorach, ale czy naprawdę Tsutomu Nihei, który zaserwował nam „Blame!”, które można interpretować na wszystkie możliwe sposoby i „Abarę”, mangę-zagadkę udowadniając w ten sposób, że traktuje swojego czytelnika jak osobę myślącą zaserwował nam… coś takiego? Pomijając już wyżej wspomniane cechy, Nagate nie wyróżnia się absolutnie niczym – czarnowłosy, cichy chłopiec, przejawiający tendencję do wpadania w dwuznaczne sytuacje i wymiotowania.
Reszta bohaterów prezentuje się tak samo jak nasz kochany Nagate. Przedstawiają oni bowiem wręcz wzorcowo najczęstsze schematy wykorzystywane we wszelkich komediach. Poza tym są oni tak miałcy i nieciekawi, że mimo usilnych prób nie zdołałem zapamiętać nawet ich imion. Większość z nich pełni rolę słodziutkiego haremu, dostawcy fanserwisu i wydaje mi się, że gdyby ich nie było, fabuła nie zmieniłaby się za bardzo.
Teraz kreska – wydawałoby się, że skoro to Nihei, wszystko powinno wyglądać po prostu niesamowicie. Nihei jednak postanowił całkowicie zrezygnować z tworzenia mangi seinen i zastąpił swój charakterystyczny styl, pełen szarpanych linii, niezwykłego operowania czernią i zapierających dech w piersiach kadrów na rzecz prostego, niezbyt estetycznego rysunku. Owszem, mamy tu odrobinę tego starego, dobrego Niheia, tej niepokojącej architektury, niekiedy nieśmiałego szarpnięcia długopisem, ale to już nie to samo. W „Sidonii” wszystko wygląda do bólu zwyczajnie – postacie rysowane są bez dokładniejszych szczegółów, prostymi liniami, ich mimika również jest dość czytelna. Oko zawiesić można na niektórych krajobrazach i sceneriach, aczkolwiek i one są niczym w porównaniu do stylu Niheia, który znamy z „Blame!”. Może nie powinienem patrzyć na „Sidonię” przez pryzmat tak dobrej mangi, ale nie oszukujmy się – Niheia stać na więcej, niż tylko nieestetyczną pustkę i gumowych bohaterów.
Wydanie, które zaoferowało nam wydawnictwo Kotori jest naprawdę solidne. Tomik ma lakierowaną, czarną obwolutę, 4 kolorowe strony (plus jeszcze jedną w postaci reklamy na końcu) i bardzo dobre tłumaczenie Tomasza Molskiego, który zadbał o naturalność wypowiedzi bohaterów jak i zgodność z pierwowzorem. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to tekst na kolorowych stronach, który dziwnie się zdeformował, co jak tłumaczy Kotori, jest winą drukarni.
Podsumowując, „Rycerze Sidonii” to jedna z gorszych mang, z jakimi miałem do czynienia. Nihei, autor niesamowitych dzieł próbował pocelować w mainstream – wyszło jak wyszło. Rozumiem zamysł – to miała być manga uniwersalna, łącząca fanów autora jak i osoby z zupełnie innym gustem. Przedsięwzięcie śmiałe i jak widać trudne. Czy polecam ostatecznie „Sidonię”? Niestety nie. To idealny przykład komiksu, który miał być dla wszystkich, ale ostatecznie jest dla nikogo. 


Autor: Tsutomu Nihei
Gatunek: shonen, SF
Wydawnictwo polskie: JPF
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 4/10
Fabuła: 4/10
Bohaterowie: 3/10
Grafika: 7/10


piątek, 24 lutego 2017

Saga winlandzka #1



Zasadzki na środku morza, skarbce pełne cennego łupu, epickie bitwy. Dawne porachunki, pragnienie zemsty, intrygi, emocje. Nienawiść, smutek, żal, a wszystko to ukryte w pozornie płytkiej historii o wikingach.  Zapraszamy do świata „Sagi Winlandzkiej”!
Thorfinn, chociaż bardzo młody, niesamowicie posługuje się mieczem i mało kto posiada takie umiejętności jak on. Walczy on w drużynie Askeladda, wojownika szanowanego i znanego. Jednak zagłębiając się w przeszłość chłopaka dostrzegamy parę sprzeczności w jego historii, dowiadujemy się, dlaczego  w jego oczach płonie ciągła nienawiść oraz co robi w zespole mężczyzny, który kiedyś wyrządził mu straszliwą krzywdę…
Pozornie prosta i jednowarstwowa manga z elementami historycznymi, ignorując drugie dno nawet niezła, skrywa w sobie o wiele więcej, niż na początku nam się wydaje. Zacznijmy jednak od tego, jaką frajdę sprawia czytanie mangi. Duża ilość spektakularnych,  nieprzesadzonych, długich, emocjonujących walk, zwykle dodatkowo między bohaterami z bardzo skomplikowanymi relacjami, co nadaje całości smaczku, jest wspaniałą rozrywką. Krwi leje się mało, jak dobrze, że autor nie próbował sprawić, aby manga była poważniejsza niż jest. Dodatkowo fabuła, która chociaż jest dosyć prosta, wręcz roi się od intryg i porachunków, co również sprawia, że całość bardzo wciąga i czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Powyższy opis jednak może sprawić, że ktoś uzna „Sagę…” za mangową „Modę na sukces”, dlatego teraz przechodzimy do drugiego dna historii, dla wielu zapewne o wiele ciekawszego niż walki i intrygi.
Komiks ten pełen jest przemyśleń, na niektóre z nich jednak nie dostajemy oczywistej odpowiedzi. Co ciekawe, autor porusza również bardzo trudne tematy, jak niewolnictwo (zresztą bardzo popularne w tamtych  czasach) i  co to znaczy właściwie być niewolnikiem. Bardzo podoba mi się to, że podczas czytania poznajemy światopogląd i hierarchię wartości różnych postaci (które zresztą autor idealnie wpasował w ich charakter) i z niektórymi możemy się zgadzać, a z innymi nie – na szczęście Makoto Yukimura nie sugeruje nam, kogo mamy popierać. Zaryzykowałbym też stwierdzenie, że mimo ilości bitew i różnych innych akcji najwięcej dzieje się w głowach bohaterów. Są oni bowiem zmuszani do podejmowania niezwykle ważnych decyzji oraz wyborów, które nie zawsze są oczywiste i nieraz zmuszają do głębokich refleksji. Całość na szczęście nie jest przy tej ilości filozofii podobnie nudnawa i nieco mozolnie prowadzona co wydane w Polsce „Planetes” tego samego autora – to też idealny przykład rozwoju mangaki, który zaczynając od mocno średnich pozycji kończy na naprawdę świetnych.
Należy wspomnieć również o kolejnej, bardzo ważnej rzeczy – klimacie. I nie mówię tu jedynie o strojach, broni i projektach lokacji oraz statków (swoją drogą wyobrażam sobie, ile musiało trwać zbieranie materiałów), ale o samej atmosferze, atmosferze dawnych opowieści, heroicznych bitew, honoru, o niezwykłym, trudnym do wytworzenia, charakterystycznym dla mang fantasy nastroju. Dla przykładu, kiedy bohaterowie prowadzą ożywioną dyskusję dotyczącą ich bojów i historii nad ciepłym ogniskiem w chatce, w otoczeniu starych, pięknych naczyń i powieszonych na ścianie ryb, wręcz przenosimy się do tego momentu i zanurzamy się w ich historii. Kiedy Panu Yukimurze stworzenie takiej niezwykłej atmosfery  udało się świetnie – widać, że zdawał sobie sprawę z tego, że do wytworzenia klimatu potrzeba czegoś  więcej niż ubranek i paru noży.
Co do noży, to z okładki wita nas właśnie z nożem Thorfinn, główny bohater. To bardzo skomplikowana postać z dramatyczną historią. W młodym wieku – uwaga, lekki spoiler – jego ojciec został zabity przez Askeladda, do którego drużyny należy chłopak, dodatkowo zdając sobie sprawę z tego, co owy wojownik mu uczynił. Czemu tak jest? Tego jeszcze nie wiemy, aczkolwiek myślę, że fakt ten będzie czymś naprawdę niesamowitym i już czekam na ten wspaniały plot twist (o ile nie okaże się, że to już było powiedziane, a ja po prostu jestem zbyt tępy, żeby to wyłapać).
Co do samego charakteru, Thorfinn jest bardzo skomplikowaną  postacią. Na szczęście nie reprezentuje TypowegoBohateraShonena, bo jedyne podobieństwa to to, że bardzo uparcie dąży do osiągnięcia danego celu, na tym nasza lista się kończy. Jest doświadczonym przez los, pełnym wewnętrznego żalu i determinacji bohaterem. Widać to w pewnej walce, w której jako, że jest dla niego bardzo ważna, daje  upust emocjom – pełen nienawiści i agresji rusza do boju, wylewając na zewnątrz wszystkie swoje żale. To wojownik bardzo honorowy i ceniący honor – a wszystko to w wbrew pozorom nietypowy sposób jest idealnie fabularnie uzasadnione wydarzeniami z jego dzieciństwa, które przedstawia nam w pierwszym tomie autor. To kolejny przykład na to, z jak idealną precyzją i dbałością stworzona jest ta manga i jak wiele pracy włożył w nią autor.
Fabuła świetna, bohaterowie świetni, więc co z grafiką…? Uwierzcie mi, tak samo świetna. Dynamiczne a zarazem bardzo przejrzyste sceny walk, narysowane z dbałością o detale tła… Bardzo dobrze autor przedstawia mimikę postaci, która potrafi wyrażać naprawdę wiele. Poza tym przepiękne sceny na morzu, kiedy dosłownie czujemy, jak owiewa nas morska bryza, sceny bitew pełne dynamiki i emocji, wnętrza domów… Naprawdę nie mam nic do zarzucenia Makoto Yukimurze, który chociaż pod względem grafiki szwankował odrobinę w „Planetes”, tutaj zaliczył znaczący skok w górę. Należy też pochwalić pewien bardzo lubiany przeze mnie zabieg, polegający na całkowitym braku tła (ewentualnie rastry) w bardziej dramatycznych momentach, skupia to bowiem całą uwagę czytelnika na danej postaci – tutaj, jako że w mandze nie brakuje pełnych emocji scen, widzimy to dość często i od razu mówię, że nie świadczy to bynajmniej o lenistwie autora.
„Saga winlandzka” jest naprawdę świetnym komiksem, idealnie wyważonym, pełnym nienachalnych refleksji, niesamowitych, bardzo spektakularnych oraz przepełnionych emocjami pojedynków, ale możemy też odczuwać, że czegoś tu brakuje. Chodzi tu zapewne o wyraźniejszą linię fabularną i główny wątek, ale spójrzmy na to z drugiej strony – po co się spieszyć? Od początku widzimy, że manga w założeniu ma być historią dość długą, więc przydałby jej się solidny wstęp z dokładną prezentacją świata przedstawionego oraz cech bohaterów, przy okazji uzasadniając je retrospekcjami. Więc może to nawet lepiej, że w pierwszym tomie nie mamy rozpoczętego głównego wątku ani nakreślonego schematu fabuły, ponieważ dzięki temu w kolejnych tomach komiks będzie o wiele lepszy.
Do polskiego wydania, które możemy trzymać w łapkach dzięki wydawnictwu Hanami, mam parę zastrzeżeń. Po pierwsze – cena. Bo nie oszukujmy się, 65 zł za około 400-stronicową mangę to dość sporo. Dalej mamy kolorowe strony, które teoretycznie są, ale są one dla mnie tak bardzo brzydkie, że bardziej szkodzą mandze, niż jej coś dodają, zresztą Hanami mogłoby dać je na odrobinę lepszym papierze, bo ten jest dokładnie taki sam, jak reszta komiksu. Tak samo słabo jest z tłumaczeniem, które zaliczyło parę wpadek – całkowicie niepotrzebne wulgaryzmy (w dodatku dość współczesne) w różnych dziwnych miejscach, język bardzo niepasujący do wikingów oraz ilość zbłąkanych przecinków i literówek. Z kolei pochwalić muszę dodatki, takie jak szkice, projekty i przydatne mapki oraz (teoretycznie) zabawne czterokadrowe historyjki, które zawsze nieco umilają lekturę.
Podsumowując, jeśli szukacie dynamicznej, emocjonującej historii pełnej zwrotów akcji, „Saga winlandzka” jest dla Was. Jeśli szukacie spokojnej, nieco melancholijnej historii pełnej niebanalnych rozmyślań, „Saga winlandzka” również jest dla Was. Jeśli chcecie przeczytać coś o wikingach oraz ich przygodach, „Saga winlandzka” to też komiks dla Was. W każdym innym przypadku również – „Saga winlandzka” jest zdecydowanie dla Was! 

Autor: Makoto Yukimura
Gatunek: seinen, historyczne, dramat
Wydawnictwo polskie: Hanami
Wydawnictwo japońskie: Kodansha

Ocena główna: 9,5/10
Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 10/10
Grafika: 10/10